fbpx
Bo nie jest światło,
by pod korcem stało

Czy będzie jedzenie?

Maria Poprzęcka

„Wernisaż [fr. vernissage, od vernisser – lakierować], dawniej dzień poprzedzający udostępnienie wystawy obrazów publiczności, w którym artyści dokonywali m.in. ostatniego pokrycia płócien werniksem; obecnie uroczyste otwarcie wystawy połączone z konferencją prasową, najczęściej przeznaczone dla zaproszonych gości, krytyków sztuki, dziennikarzy, artystów i specjalistów w danej dziedzinie” – tyle encyklopedycznego hasła, które w niezmienionym brzmieniu powtarzają inne leksykony. Władysław Kopaliński w swym nieocenionym Słowniku mitów i tradycji kultury o wernisażu nie wspomina. Gdyby jednak spisywać słownik mitów, tradycji i rytuałów kultury współczesnej, hasło „wernisaż” powinno zająć w nim ważne miejsce. Jednak jak dotąd jest to rytuał – tak, jak on wygląda w dzisiejszych polskich realiach – niezbadany i nieopisany. Chyba nie powstało uczone studium w rodzaju „wernisaż jako zjawisko kulturowe”. Ale kto miałby je napisać? Socjolog sztuki? Historyk obyczaju? Krytyk badający mechanizmy życia artystycznego? Antropolog kultury, który rzuciłby obyczaj wernisażu na tło dawnych i nowych społecznych rytuałów, sytuując go gdzieś między ceremoniałem potlaczu, rytualną ucztą, artystycznym salonem i bankietem dyplomatycznym?

Spróbujmy zatem ten obyczaj opisać. Na pierwszy rzut oka wernisaż wydaje się najbliższy premierze teatralnej – w obu wypadkach dzieło zostaje po raz pierwszy poddane pod osąd publiczności, „rzucone na żer”. Okazuje się jednak, że scenariusz „otwarcia” jest bardziej rozbudowany. Co więcej, niezależnie od skali przedsięwzięcia, kolejne punkty owego scenariusza są przestrzegane, co świadczy o daleko posuniętej rytualizacji imprezy. A zatem początek to lista zaproszonych, potem druk zaproszeń, ich wysyłka – czyli pierwsze koszty. Wernisaż kosztuje! Tu rozpiętość jest olbrzymia – od skromnego grona, przyjaciele lub rodzina, po władze państwowe, z najwyższymi włącznie. Wernisaż vipowski dla zapraszającej instytucji oznacza wizytę borowców, wzmożoną ochronę, zwiększoną liczbę dziennikarzy i kamer, wprowadzenie wykrywających metal bramek, ścisłą kontrolę zaproszeń. „Otwarcia” są więc zamknięte.

Kim są goście? Każde muzeum i galeria, nawet mała, ma swoją listę adresową, która każdorazowo jest uzupełniana przez artystę, artystów, kuratora wystawy, sponsorów. Tu otwiera się pierwsze pole konfiktów i urazów („nie dostałem zaproszenia”, „mnie tam nie zapraszają” etc.). W języku polskim nie ma odpowiednika określenia „opening-goers”, oznaczającego stałych bywalców wernisaży. Sami bywalcy natomiast są. Zbadanie ich pozycji społeczno-zawodowej i średniej wieku mogłoby dobrze pokazać jak różne i obce sobie są obiegi polskiego życia artystycznego. Te obiegi zdają się wykluczać, tworząc kręgi dość zamknięte, mieszające się tylko w wypadkach wydarzeń wyjątkowych, ściągających tłumy. Instytucje wystawiennicze wyraźnie mają „swoją” publiczność. Wreszcie, jak każda impreza publiczna i w miarę dostępna (mimo zaproszeń), wernisaże mają swój folklor, dość smutny, w postaci tak zwanych „nurków” – osób niezaproszonych, które przychodzą za darmo się najeść (i napić). To należy już do innego punktu scenariusza: bankiet.

Ale do niego jeszcze daleko. Jest przecież „uroczyste otwarcie”. Rozbudowujący się scenariusz wernisażu wymaga stosownej przestrzeni ceremonialnej. Większość galerii, a nawet muzeów, jej nie posiada. Z różnym powodzeniem rolę tę przejmują hole i schody, wraz z podestami, na których można ustawić oficjeli. Publiczność tłoczy się, gdzie się da. Uroczystość polega na przemówieniach. Ich liczba i długość znów zależy od rangi wystawy, ale jakaś mowa musi być. Krótka prezentacja ekspozycji lub artysty i stosowne podziękowania to absolutne minimum. Najtrudniej sprawa przebiega w wypadku dużych wystaw międzynarodowych. Wedle protokołu dyplomatycznego przemawia dyrekcja (powitanie gości, z wyliczeniem oficjalnych), minister, ambasador lub ambasadorzy, kuratorzy, artyści, sponsorzy – wszystko z tłumaczeniami. Podziękowania, kwiaty, brawa. Co najmniej godzina. Publiczność stoi. Poważnym ryzykiem jest dodanie do programu koncertu. No, ale wreszcie pada długo oczekiwane: „a teraz zapraszamy państwa na wystawę”.

Elżbieta Jabłońska, Kuchnia, „Biały Mazur”, Neuer Berliner Kunstverein, 2003; Bunkier Sztuki, Kraków, 2004

I oto stajemy wobec sztuki. Badanie odbioru jest sprawą metodologicznie bardzo trudną, a badanie odbioru wernisażowego w szczególności. Poprzestańmy więc na naskórkowym opisie zjawiska. W wypadku wernisażu vipowskiego tworzy się orszak, na którego czele postępuje Ważna Osoba oprowadzana przez dyrektora, kuratora lub artystę. W stosownej odległości ciągnie publiczność. W innych wypadkach ludzki strumień wlewa się do sal bez porządku i hierarchii. Jest tłoczno i gwarno (pustka i cisza to najgorsze, co może się zdarzyć). Hałas wybucha natychmiast po zakończeniu części oficjalnej, niczym w szkole po dzwonku na przerwę. Ów gwar to najsilniejsze doznanie – na wernisażach mówi się dużo i głośno. Znajomi, powitania, rozmowy. Potrzebujący prywatnego, cichego, kontemplacyjnego kontaktu ze sztuką na otwarcia nie chodzą. Tu jest publicznie, zbiorowo, rozrywkowo. Czy nie można się wyłączyć i poświęcić sztuce? Teoretycznie można, choć trudno. Zresztą nie po to się tu przyszło. Tu jest dużo obowiązków towarzyskich – w tym koniecznie dobre słowa dla autora lub autorów wystawy. Ponadto masę spraw można załatwić w jednym miejscu i szybko („dobrze, że cię widzę, bo właśnie miałam zadzwonić… napisać… wysłać…”). Grasują panie redaktor proszące o „kilka słów” do mikrofonu. Za nimi ciągną kamerzyści i oświetleniowcy nagle rozjarzający jakiś kąt wystawy oślepiającym światłem. Ale szczęśliwie następuje kolejny punkt scenariusza: bankiet.

Tu ostatnie piętnastolecie znacznie rozszerzyło skalę możliwości. Od kanonicznego zestawu wino-słone paluszki, poprzez różne cenowo i jakościowo menu firm kateringowych, po full wypas, przez który rozumie się zimny bufet, ciepłe dania z podgrzewaczy, owoce, sery, desery i nieograniczony wyszynk. W ostatnim wypadku – konieczni kelnerzy. Niedopuszczalne jednorazowe nakrycia. Tu następuje selekcja gości – lepsi zawczasu dostają zaproszenie z bilecikiem zapraszającym na bankiet, innym w trakcie wernisażu pracownicy galerii wciskają dyskretnie karteczkę upoważniającą do wejścia na salę bankietową. Kontrola nie jest rygorystyczna, bo „nurki” na ogół się przemykają.

Ten opis jest miałki, ale takie też są wernisaże. Ich porządek jest znany, powtarzalny i całkowicie przewidywalny. Niepewne pozostaje tylko owo jedzenie, w ostatnich latach coraz ważniejszy element ceremoniału. Można wróżyć z listy sponsorów wernisażu. Blikle? – pączki. Palikot? – nalewki. Polmos? – czysta. Ale można też ze staroświecką powagą się zatroskać: czy w tym towarzysko-snobistycznym zgiełku, w tym rozproszeniu i nieuwadze, pomiędzy przemówieniami a bankietem, sztuka ma jakieś szanse zaistnienia? Czy staje się tylko pretekstem i scenerią dla środowiskowego spotkania, połączonego z konsumpcją? Jeszcze jedno targowisko próżności przyozdobione „sztuką”?

Jednak nie lamentujmy, bo może wernisaż w panującym kształcie jest właśnie okrutnym i skutecznym sprawdzianem? Czy starcie z przeciwnościami nie jest dla sztuki szansą uwierzytelnienia? Czy obroni się ona w konfrontacji z publicznością, która przychodzi zaprzątnięta swoimi sprawami, roztargniona, niecierpliwa, nieskora do percepcji? Wernisaż jest niczym bolesny rytuał inicjacyjny – czy poddana mu sztuka wytrzyma to wszystko, czy nie? I może właśnie zakorzenienie w inicjacyjnym obrzędzie zapewnia trwałość wernisażowego obyczaju, z pozoru absurdalnego?

Bo prawie nikt się przed nim nie uchyla. Jakby pozostawał w strefie ochronnej, poza obszarem buntu i dekonstrukcji. Rebelianci, z pasją demontujący instytucjonalne formy życia artystycznego, kładą głowę pod jarzmo. Jedynie Pawła Althamera, na oficjalnej części wernisażu jego wystawy w Zachęcie, reprezentował osobnik w stroju niedźwiedzia (zwyczajowe podziękowania wygłosił brat artysty, bo niedźwiedzie nie mówią), zaś sam artysta spacerował po salach przebrany za własnego ojca. Było bardzo śmiesznie, ale nawet obecność nietypowych gości, blokersów z Bródna, nie naruszyła obowiązkowego porządku, z bankietem klasy A na zakończenie.

Althamer prowokował, wyczuwając i wykorzystując ludyczne możliwości wernisażu. Elżbieta Jabłońska, od kilku lat wchodząca swymi akcjami w sferę bankietów i wernisażowych przyjęć, nie prowokuje i nie kpi. Tu łatwo, zbyt łatwo, o karykaturę. O ośmieszenie pustego ceremoniału, snobizmów publiczności i pozerstwa artystów jeszcze łatwiej. A przecież uroczyste otwarcie wystawy z udziałem twórców, mediów i publiczności jest wydarzeniem kluczowym dla życia artystycznego. Nie dlatego, że wtedy kształtują się oceny i losy dzieł i artystów – choć często to także. W wernisażowych rytuałach jak w soczewce skupiają się komplikacje i konflikty powstające na styku sztuka – publiczność. Wernisaż stwarza laboratoryjne warunki do ich obserwacji.

Punktem wyjścia Elżbiety Jabłońskiej jest zdziwienie. Jej metodą – przyjrzenie się oczywistościom. Z rozległego obszaru życia dzisiejszej sztuki artystka wydobywa jeden – pozornie będący tylko towarzyskim obyczajem – fragment i poddaje go oglądowi. Oglądowi wielostronnemu. Widzi rozbiegane spojrzenia publiczności zgromadzonej na „otwarciach” i widzi „nurków”, którzy nielegalnie znaleźli się w prestiżowym i zastrzeżonym obszarze sztuki. Daje im pełnię praw. Analizuje rolę jedzenia, tego najbardziej sensualnego, a zarazem najbardziej demokratycznego składnika wernisażowych obrządków. Widzi konwencje i usiłuje nam je unaocznić.

Akcja przygotowywana dla łódzkiego Atlasa Sztuki wykorzystuje liczne dwuznaczności, jakie tkwią w ceremonii wernisażu. Ma być miło, jak to na towarzyskiej imprezie, ale mają czyhać niespodziewane niewygody. W rankingu wernisaży kelnerzy są gwarancją wysokiej pozycji imprezy. A więc niech będzie ich stu. Lubimy być obsługiwani. Ale czy aż tak? Czy wszechobecność kelnerów nie obudzi uczucia zażenowania, a w końcu irytacji? Co więcej, gorliwie obsługiwana publiczność będzie chodzić po rozchwierutanych deskach podłogi. A więc z jednej strony nadopiekuńczość kelnerów, z drugiej – niepewność stawianych kroków. O tym, żeby nie ugrzęznąć obcasem w szparach podłogi na wernisażu się nie myśli. A tu nagle trzeba patrzeć pod nogi, zapomnieć o towarzyskim luzie. I jeszcze ustawiona w chwiejnym położeniu szklana witrynka, wprawiana w drżenie krokami publiczności i swoim brzęczeniem wdzierająca się w wernisażowy szum głosów. Idiotyczne? Ale co tu jest idiotyczne?

Elżbieta Jabłońska, Przez żołądek do serca, Architectures of Gender: Contemporary Women’s Art in Ponad, Sculpture Center, Nowy Jork, 2003

Zderzenie komfortu i niewygody, bankietowych przyjemności i dosłownego zagrożenia naszej pozycji, to nie wszystko. To nie tylko żart, noga podstawiona artystyczno-towarzyskim konwencjom. Jabłońska wychwytuje inny paradoks wernisażowych imprez – ich ambiwalentny, otwarto-zamknięty charakter. Wykorzystuje w tym położenie łódzkiej galerii, zamkniętej w podwórkowej przestrzeni, ściśle obudowanej kamienicami. Architektura pawilonu galerii, zaskakująca wobec jej dawnej funkcji (hala targowa) i ubogiego otoczenia, jest – chciałoby się rzec – „sansovinowska”, wenecka. Parterowy budynek obiega szereg dużych, arkadowych okien, które na potrzeby galerii są oczywiście zasłonięte – obskurne podwórko nie ma tu wstępu. Obszar sztuki jest izolowany i zamknięty. Mamy więc podwójne zamknięcie – galerii i otaczającego ją podwórka. Czyste pudełko w brudnym pudełku. Jabłońska, decydując się na odsłonięcie okien, jedną przestrzeń otwiera na drugą. Tym jednym posunięciem likwiduje bezpieczną izolację „świata sztuki” i burzy ceremonialną przestrzeń uroczystości. Zapuszczone podwórko, choć bliskie na krok, dalekie jest od wypieszczonej przestrzeni galeryjnej. Co więcej, artystka chce pozwolić publiczności wyjść na zewnątrz i przez okna oglądać się samej. Sama przyglądając się rytuałowi, chce jego uczestników zaprosić do autorefleksyjnego spojrzenia. Czy to happening, jakich wiele? Pomysł na wernisaż „inny niż wszystkie”? Przewrotny koncept? Wszystko po trosze, ale jednak coś innego i coś więcej. Przyglądanie się oczywistościom to dobra metoda. Każe stawiać wciąż nowe pytania. Jaka rola została tu przydzielona publiczności, czyli nam? Przedmiotu oglądu czy podmiotu, który ma oglądać sam siebie? Ale czy na wystawę sztuki przychodzimy, aby oglądać siebie? Oglądać siebie w naszych nawykach, pozach, minach i naszej bezradności, gdy coś nas z tych nawyków wytrąci? A czemu nie?