fbpx

Bo nie jest światło,
by pod korcem stało

Kategoria: Idem

Powiedzcie Janowi Kaczmarkowi, że nie ma przyszłości bez Marzycieli!

Marzyciel to tytuł filmu, za który Jan odebrał Oscara. Nagród Jan Andrzej Paweł Kaczmarek zdobył oczywiście znacznie więcej, można wręcz odnieść wrażenie, że zostały mu wręczone wszystkie możliwe nagrody. Nagrody wręczane są zawsze „za coś”, za przeszłe zasługi. Gwiazdą jest się „po coś”: dla Pamięci, czyli dla Przyszłości. Tym właśnie sposobem Łódź okazała szacunek i troskę o ciągłość kultury. Tak pamięta Łódź. Wielcy twórcy są naszą przyszłością. Dla nas Jan Kaczmarek będzie zawsze jednym z nich. Jest tym, który w zgodnym przekonaniu miasta oraz naszym zasłużył na dziwną, pozornie płaską – jak łódzki trotuar – własną gwiazdę. W zeszłym roku obchodził swoje 70-lecie – chłopak z Konina, poznaniak z usposobienia, obywatel świata z wyboru. Piękny człowiek, trudny geniusz i spełniony artysta. Los popróbował na nim, co potrafi. Człowiek doskonale poruszający się w zawikłanej materii marzenia, sceny, spektaklu. Spędził w tej mgławicy znaczeń istotną część swojego, nie tylko zawodowego, życia. Powiedzcie Janowi Kaczmarkowi, że nie ma przyszłości bez Marzycieli! Nasze miasto jest częścią wielkiego marzenia. I my, i to miasto, jesteśmy tu dlatego, że nasi poprzednicy umieli marzyć. Jan Kaczmarek został upamiętniony gwiazdą w Łodzi. Jan w jakimś głęboko ludzkim sensie jest stąd. Ale także Łódź zasługuje na gwiazdę Jana Kaczmarka. Artysta skomponował muzykę do ponad siedemdziesięciu filmów. Konstelacja złożona z siedemdziesięciu wyraźnych punktów to duża konstelacja, w opinii dawnych astrologów w zupełności wystarczająca by w całości objąć ciekawe ludzkie życie. Astronomowie mówią, że gwiazdy żyją w gromadach, które absolutnie nic nie pamiętają. Inaczej niż miasta – ludzkie konstelacje – często o rozmiarach galaktyki, starają się utrwalać wspólną pamięć. W Łodzi robimy co możemy, akcentujemy nasz własny rytm układając ze znanych nam gwiazd ornament. Robimy to tylko wtedy, gdy wyraźnie słyszymy, że to ta właśnie chwila, ten człowiek. Chcemy wierzyć, że z gwiazd ułożony wzór wprost pod nogami będzie prowadził dalej,

Liczymy dłużej, niż pamiętamy

Liczymy od zawsze. Chętnie liczymy to, czego na pewno nie dosięgniemy. Sprzed kilkunastu tysięcy lat pochodzą pierwsze monumentalne neolityczne założenia architektoniczne sytuowane zgodnie z układem astronomicznym, tak jak Göbekli Tepe. Każdy język, który znamy i potrafimy rozpoznać, w przeszłości zjawiał się w świecie, w którym od dawna już sprawnie liczono. Liczymy precyzyjnie. Mamy policzone, że ostatni dzień grudnia, a zarazem roku, jest dłuższy od najkrótszego dnia o 4 minuty. Znacie kogoś, dla kogo ma to znaczenie? Przesilenie zimowe między 21 a 22 grudnia na półkuli północnej przez tysiące lat podpowiadało, jak budować dziesiątki miejsc kluczowych dla dawnych społeczności. Architekt przez długi czas był kimś, kto potrafił policzyć i narysować co łączy ścianę, czy bramę z gwiazdą, a kto wie, czy nie z bogiem.  Współczesność jest upojona własną zdolnością do liczenia błyskawicznego, liczenia wszystkiego tak, by szybciej tego dosięgnąć. Nazywamy to funkcjonalnością, pragmatyzmem. To fundament, rudimentum, substructio naszej codzienności. Z jakiegoś powodu nadal robi na nas wrażenie moment, kiedy na własne oczy widzimy jak starszy sposób liczenia zjawia się wraz ze wschodzącym Słońcem. Jak promienie, filary i ściany przez krótką chwilę współistnieją, współgrają jak dobrze zestrojone struny. Przełykamy wtedy ślinę, podejmujemy mocne postanowienia, wysyłamy MMSy do ludzi, o których dawno zapomnieliśmy. To ważne funkcje trwałej architektury.  Ilustracja: Karnak w dniu przesilenia z lewej i z prawej; w środku hala LSS Społem, z nieco późniejszego okresu

W Łodzi wiele prostych rzeczy wygląda inaczej – zaskakująco się komplikuje

W łódzkich legendach wiele jest opowieści o tym, jak „to miasto” zmieniło ludzi. Taka zmiana jako mit jest konwencją pamiętania o gwałtownych społecznych transformacjach jakie miały miejsce w wielkich przemysłowych Molochach urbanizacji w XIX i XX wieku. Pewnie dlatego, że życie potrafi tu nieźle kołysać.  W takich warunkach to, co wyobrażone bezpośrednio nakłada na siebie przemoc, sprawczość, pragnienia, dominację i uległość. Sacrum, Los stają się dotkliwą, beznamiętnie działającą siłą. Tak prostą i bezwzględną, jak pracująca maszyna. Nic dziwnego, że nasze bystre umysły szybko zaczynają traktować ją jako czynnik stricte techniczny. Taki, który można wykorzystać do masowej produkcji. Mniejsza o to, co liczy się bardziej: jej wielkość, tempo (ilość zmian), rozwijanie sieci dystrybucji, zdobywanie rynku, w końcu zysk.  Miasta przemysłowe (i postindustrialne) nadal lubimy opisywać jak sportowe auta, podając mnóstwo technicznych parametrów, rzadko zastanawiając się jakie instynktowne siły i odruchy w nas samych taka symboliczna specyfikacja aktywuje.  Piszą o Jerzym Nowosielskim, że malował (pisał) ikony. Tak, to prawda.  Jeśli potraktujemy ikonę jako obraz, bezinteresownie („całkowicie za darmo”, zgodnie z ewangeliczną manierą) ujawniający jak jest, jak będzie, można to uznać za „etykietkę” pasującą do tego, co widać na jego malowanych w Łodzi (między 1950 a 1962 rokiem) pracach.  Nawet Łódź bywa ikoniczna. A dokładniej: w łódzkim Muzeum Sztuki na rogu Gdańskiej i Więckowskiego, gdzie zbudowano chyba jeden jedyny filmowy ikonostas na świecie na potrzeby świetnej wystawy Nowosielski w Łodzi, która odbyła się w dn. 10.10.2023 – 25.02.2024. Nowosielski spędził w Łodzi dwanaście lat, schował się tu przed socrealizmem, uwolnił od Krakowa, odnalazł własny sposób malowania, przedziwny, w półdrogi między bezcielesną świętością i bolesnym okrucieństwem. Trochę podobny do charakteru tego miasta. Wystawa ta dała nam możliwość zerknąć na rozwieszone niczym w ikonostasie obrazy, i jednocześnie na starą kronikę filmową wyświetlaną w półmroku za nimi, za udającym „carskie wrota” otworem. Dało to możliwość zapamiętać

Bezlik silnych osobowości pcha się by wprost, paluchem kreślić obraz sytuacji

W połowie lat pięćdziesiątych XX wieku, kiedy zjawił się na rysunku Saula Steinberga motyw nawzajem stwarzających się z niczego rąk, gazetowe rysunki (ten z lewej pochodzi z New Yorkera) były bardzo proste. Tylko kreska, żadnych rastrów, żadnych odcieni, niuansów. Dawno temu, jeśli rysunek zjawiał się w gazecie, to po to, by coś wyostrzyć, podkreślić, zauważyć. Nadal lubimy w dany sposób myśleć o rysunkach w dzisiejszej kulturze. Lubimy traktować o naszej niezauważalnej codzienności anachronicznie. To nas uspokaja, bujamy się (i innych) od niechcenia w pewnym sentymentalnym powtarzaniu gestów, fraz, tłumaczeń sprzed dekad, niczym w rozleniwiającym, własnym fotelu. Naukowcy już bezsprzecznie ustalili, że rok 2024 nie jest rokiem 1954, a nawet 1963 (kiedy zarysowały się – w głowie tego właśnie Steinberga – pierwsze szkice tego, co dziś nazywamy matrixem). Warto, nawet nie rezygnując z relaksującego bujania, o tym nie zapominać. W 2024 chętnych do kreślenia własnych granic, własnych wiodących linii, własnych perspektyw jest bez porównania więcej.  Nam, widzom, zdaje się, że jesteśmy w stanie odróżnić jaśniejsze oraz o ton ciemniejsze wizje wśród panującej gmatwaniny.  Taka nasza mała rola: przyglądanie się całemu spektrum odgrywanych wyraźnie emocji, od irytacji po zachwyt. Nawet nie wychylając się z naszej głębokiej prywatności bierzemy udział w tej scenie zbiorowej. Widać nas w kadrze numer 2024.   Obyśmy za nadto nie uwierzyli, że końcowy efekt zależy przede wszystkim od gestów aktorów pierwszoplanowych, od ich dramatycznie rozgrywanych scenek: podpisał, nie podpisał, skreślił, podkreślił, wykreślił.  Wielu z nich chyba wierzy, że są samowystarczalni, jak nawzajem się rysujące dłonie na rysunku Steinberga, że jak dobrze to rozegrają, wypełnią sobą cały kadr. Owszem, ma to wpływ na akcję, ale nie specjalnie większy, niż nasz bierny wzrok.  Nie wszystkie plany, nie wszystkie zarysy, znaki przez nich kreślone muszą nam odpowiadać.  A cytując klasyka „W ciszy wszelka władza wali się w gruzy” (Jean Baudrillard, „W

Wakacje będą, warto coś zaplanować

Myśleliście ostatnio o błogosławionym Radzimie Gaudentym, bracie przyrodnim św. Wojciecha, a od roku 1000 arcybiskupie gnieźnieńskim? Nie? Warto pomyśleć, szczególnie jak robicie też plany powakacyjne. Wtedy warto jeszcze wspomnieć o św. Kalikście, niewolniku, papieżu, męczenniku z roku 222. Najlepiej objąć ich jedną myślą. Wśród podejmujących ważne decyzje gospodarcze w spółkach Skarbu Państwa upowszechnił się zwyczaj ustalania, czy dana rzecz da się zrobić przed „św. Kalikstem i Gaudentym”, czy też nie.   Coś może być „na rzeczy”, podobno jakieś wybory mają być w czerwcu. A potem, kto to wie? Tylko Święci Pańscy (na pełnym etacie). W samym Centrum, w Brukseli. Centrum zawsze udaje bardziej uporządkowane. W centrum wszyscy pilnie pracują, mają bardzo ważne obowiązki, wypełniają sumiennie powierzone im zadania. A marginesy? To co na obrzeżach, to co na skraju pola widzenia, to co marginalne jest nie do opisania. Na marginesach dzieją się rzeczy przedziwne. Marginesy są jak Dziki Zachód. Nie obowiązuje tam prawo ustalane w stolicach. Przestają działać prawa logiki. Na marginesach spotykają się przedmioty, które pokazują surrealistyczne piękno konwulsyjne.   Co łączy św. Pawła, truskawki, miecz i stokrotki? Ta sama siła, która u Lautréamonta łączy parasol i maszynę do szycia. Spróbujcie otagować taki obrazek tak, żeby AI była w stanie go „zrozumieć”.

Zdecydujcie, co jest bardziej prawdopodobne

Są dwie możliwości: albo algorytm odpowiada za całość zmian wobec oryginału, albo treść zmienionego przemówienia ułożył człowiek. Ta scena jest pochwałą kunsztu retorycznego (Ars rhetorica). Jest umieszczoną w groteskowej scenografii wymyślonych znaków i rytuałów sceną narodzin (wprost z niczego) kultu, fanatyzmu, porywu zmyślonej jedności (Ein Volk, ein Reich, ein Führer).  Jest szyderstwem z fetyszystycznego stosunku do „aktów komunikacji”, do „protokołów komunikacji”, bez których ład współczesności jaki znamy znikłby w mgnieniu oka.  Powyższy komentarz odnosi się do sceny przemowy filmowego Dyktatora (Adenoid Hynkel, z zawodu wyuczonego: „a simple Jewish-Tomainian barber”, żyjący w filmowej Tomanii) z filmu The Great Dictator w reżyserii Chaplina z 1940 roku. Do 10 maja był to rok względnego spokoju (dziwnej wojny) po lekko niepokojących wydarzeniach gdzieś daleko na wschodzie Europy.  Kto nie widział, niech nie odkłada na później, tylko obejrzy latem 2024.  Scena, do której zaprowadzi Was link (https://www.facebook.com/share/FpFLjdUPJZzPLSzW/ ) została zmontowana, utkana i wyświetlona przez dzisiejsze maszyny i algorytmy AI, których zaczynamy się bać. Jak widać, rzeczywiście żyjemy u schyłku epoki naocznych faktów.  Scena na oko ta sama, a jest przeciwieństwem oryginału z 1940, jeśli chodzi o treść przemówienia. Reszta i tak jest bez znaczenia, to tylko marionetki, zasłuchani, obwieszeni śmiesznymi znaczkami pozoranci. Taki pacynkowy dwór wyrasta błyskawicznie wokół każdego silnego dyktatora, nawet na glebie żyznej demokracji. Dobrze o tym pamiętamy, stąd taki nacisk na znaczenie abstrakcyjnego nawet prawa. Znajdźcie chwilę i obejrzycie oryginał, jak i prowadzącą w przeciwną stronę maszynową przeróbkę. Możliwości technologii zmieniania dowolnych strumieni obrazów i dźwięków lekko oszałamiają. Powinniśmy być ostrożni, powinniśmy przyglądać się nawet lekko podejrzliwie prawu, które ma mitygować możliwości maszyn, zwłaszcza tych retorycznie bezbłędnych, potrafiących już zmieniać to, co tak „świetnie pamiętamy”. W końcu prawo też ustalamy pod wpływem retorycznych argumentów.  Jeśli uznacie, że ta druga możliwość – ułożenie przemówienia przez człowieka – nie jest zła: mamy szansę, damy

Jak co roku,

dwa miesiące po rozdaniu wszystkich statuetek Oscarów, po obejrzeniu wszystkiego, co w kinematografii obejrzeć trzeba, warto sprawdzić sobie biogram inżyniera Stefana Kudelskiego. To przykład człowieka, który nie zrobił ani jednego filmu, nie zagrał żadnej roli, nie napisał scenariusza, ani muzyki, a jednak dostał dwa Oskary (i dwie nagrody Emmy, nazywane „Oskarami telewizyjnymi”).   Warto zapoznać się z historią rodziny, zaczynając od dziadka – Jana Tomasza Kudelskiego – architekta Stanisławowa. To historia lwowskiej inteligencji, dość typowa, losy ludzi z pasją i talentem, zajmujących się tym, co wybrali. Ludzi, którym jakaś zupełnie nieprawdopodobna, nie do przewidzenia wielka historia nagle wszystko zabiera, zmusza do ucieczki. Ludzi, którzy tam, gdzie się znaleźli (Kudelscy po kilku latach – na obszarze zawiadywanym przez rząd Vichy, na południu Francji). Szesnastoletni Stefan w 1945 roku na dobre zaczyna się uczyć w Szwajcarii, potem studiuje na Politechnice w Lozannie (choć, zajęty zajęty swoimi pasjami, nie zrobił dyplomu).  Jego magnetofony Nagra stały się legendą. Branża filmowa i reporterzy pokochali tranzystorowy model z 1957 Nagra III. Firma o dziwnej nazwie Kudelski Group radzi sobie dobrze do dziś kierowana od roku 1991 przez syna, Andrzeja.  Czytajmy takie biogramy. Nie tylko rocznicowo (Stefan urodził się 27 lutego 1929). Coś poza bieżącymi informacjami musi do nas docierać. Rozsądna, zrównoważona dieta jest czymś, czego bardzo potrzebują nasze głowy tej wiosny.  Na ilustracji, od lewej: dziadek, architekt Jan Tomasz Kudelski (1861 – 1937), wnuczek, Stefan, w chwili triumfu; po prawej, u góry: „Gość Niedzielny” informujący o śmieci inżyniera, na dole „Fakt” piszący o tym samym w styczniu 2013.

To może być wystawa znacząca

W budynku Starych Prokuratorii (Procuratie Vecchie) przy Placu Św. Marka w Wenecji od 20 kwietnia do 24 listopada zobaczyć można wystawę Andrzeja Wróblewskiego „In the First Person”. To jedna z wystaw towarzyszących tegorocznemu Biennale, stroną zapraszającą był kurator Biennale Adriano Pedrosa. Większość z ponad sześćdziesięciu pokazywanych prac pochodzi z kolekcji Anny i Jerzego Staraków, a Fundacja Rodziny Staraków kierowana przez Elżbietę Dzikowską jest głównym organizatorem po stronie polskiej. Kuratorką wystawy jest Anna Muszyńska. Zmarły tragicznie w 1957 roku trzydziestolatek jest jedną z kluczowych postaci dla sztuki polskiej w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej. Siła i prostota jego bardzo charakterystycznego malarstwa, gdzieś w pół drogi między reportażowymi kadrami a kolorystyczną abstrakcją ma szanse zostać w Wenecji zauważona jako istotny moment w historii sztuki europejskiej. Sztuki usiłującej poradzić sobie z nadmiarem obrazów wojny. Wróblewski może stać się postacią lokującą nadal mocno niewyraźny zarys traumy wojennej w biografiach Wschodnich Europejczyków. Obrazy Wróblewskiego wytrzymają konfrontację z płótnami Francisa Bacona. Są równie proste, bezpośrednie, zapadające w pamięć, i zarazem dostatecznie enigmatyczne. I zupełnie inne, tak jak nasz skrawek kontynentu wobec angielskich rozterek.  Malarstwo Wróblewskiego dotrzymuje kroku egzystencjalizmowi (o ile nie wyprzedza), w jego subkulturowym nurcie lat 40. i 50. I, podobnie jak francuski kawiarniany egzystencjalizm, miewa momenty wyraźnego urzeczenia naiwną prostotą postępowo-marksistowskiej bajki o nowym powojennym ładzie. To nadal poważny atut dla rynku ambitnej sztuki. Nie tyle biografia Wróblewskiego, co biografia w połączeniu z tym, co widać na jego obrazach jest materią, której z naddatkiem wystarczy na wielką, szerokoekranową opowieść filmową. I może warto taką próbę podjąć.  https://artinfo.pl/artinformacje/andrzej-wroblewski-1927-1957-in-the-first-person-na-placu-sw-marka-w-wenecji https://www.rp.pl/malarstwo/art39844621-wystawa-andrzeja-wroblewskiego-na-biennale-sztuki-w-wenecji

Powiedziała, że nie wierzy w prawdę, ale wierzy w szczerość

Powiedziała, że wierzy w czułość jako najbardziej uniwersalny język na Ziemi. Powiedziała, że nie wierzy w boga, ale nadal wierzy w człowieka.  Każde z tych wyznań nadaje się na tytuł w największych portalach i gazetach Europy. Żadne się tam nie znajdzie.  Nie szkodzi, porządek wiary nie musi być porządkiem bardzo wyeksponowanym, centralnie ulokowanym. To zwykle okazuje się nienajlepszym pomysłem. W oświadczeniu po ogłoszeniu werdyktu jury nowa Europejska Poetka Wolności Monika Herceg z Chorwacji powiedziała niewymuszenie kilka ważnych rzeczy. W zupełności wystarczy, że istnieją takie konkursy jak Nagroda Literacka Miasta Gdańska „Europejski Poeta Wolności”, takie kapituły i jakimś niepojętym trafem potrafią tak celnie wybierać.  Pamiętajcie, silna wiara potrafi przez lata kręcić się w kółko i mamrotać bon moty w tak nijakich, tak niepozornych miejscach jak wydziały Stoczni im. Lenina. Potrafi działać w miejscach w pełni językowo opanowanych przez porządek pewnego siebie absurdu, śmiało nazywającego wszystko dookoła.

Podróże? Oczywiście, że tak

Majówka! Nogi same niosą. Te nasze podróże prawie zawsze są wyśnione. Podróże wymyślone bez otwierania oczu. Podróże na ślepo?  Takie, jakie z błahego powodu spadły na Odyseusza i przez dekadę niosły z jednej przygody w kolejną, ale nie w stronę domu. Podróże przez miejsca, z których mało kto zdołał wrócić, jak na przykład narkotyczna kraina Lotofagów.   Cóż, przy dzisiejszym (deklarowanym) poziomie fizycznej dziarskości – czemu nie? Z dobrym sprzętem, w dobrym towarzystwie dotrzemy wszędzie.  Co więcej, podróże najkrótsze zawsze wymagają głowy. Nawet takiej, jak Homera, głowy nic nie widzącej. Ekwipunek, towarzystwo, finanse, planowanie – tak, to wszytko jest dla dobrych podróży ważne, ale nie wystarczające.  Trudno jest określić element brakujący. Może to dana tym, którzy nie widzą oczywistości, wrażliwość na znaki, na bardzo dziwne, niezrozumiałe, z pewnością obce znaki.  Kiedy się ich nie boimy, kiedy podchodzimy bliżej, żeby spróbować zrozumieć, co mają dla nas znaczyć zaczyna się kolejna podróż. Każdy z nas to potrafi, nawet na bosaka. Z zamkniętymi oczami. Ingres malując dosłownie wielką (386 x 515 cm) Apoteozę Homera zmyślał prawie tak samo, jak Homer. Równocześnie nie mógł pominąć solidnego przygotowania, nie mógł ryzykować uwag, że Apoteoza jest źle namalowana, nawet jeśli dziwacznie zmyślona. Stąd tak szczegółowe studia cielesności Homera w Luwrze, cielesności, która dla swobodnych podróży nie ma pierwszorzędnego znaczenia. 

La Biennale di Venezia

Ani w sporcie, ani w sztuce nie chodzi głównie o emocje, czy rywalizację. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie potrafimy określić o co chodzi. I dlatego zdarza się, że jeszcze czasem uważnie na coś patrzymy. Forbes (który nie zna się na sztuce, ale jest wpływowy) proponuje następującą trasę po najciekawszych wystawach tegorocznego 60-tego Biennale Weneckiego („Here are 11 of the must-see country pavilions”): https://www.forbes.com/sites/joanneshurvell/2024/04/30/11-of-the-best-country-pavilions-of-the-venice-biennale-2024/?sh=25cd556913e6 1. Great Britain: John Akomfrah,”Listening All Night To The Rain” 2. France: Julien Creuzet, „Attila cataract your source at the feet of the green peaks will end up in the great sea blue abyss we drowned in the tidal tears of the moon” 3. Australia: Archie Moore, „Kith And Kin” 4. United States: Jeffrey Gibson, „the space in which to place me” 5. Japan: Yuko Mohri, „Compose” 6. Malta: Matthew Attard, „I Will Follow The Ship” 7. Benin: Chloé Quenum, Moufouli Bello, Ishola Akpo, Romuald Hazoumè, „Everything Precious Is Fragile” 8. Holy See (Vatican): Bintou Dembélé, Simone Fattal, Claire Fontaine, Sonia Gomes, Corita Kent and Claire Tabouret, Marco Perego, „With My Eyes”AtGiudecca Women’s Detention Home  9. Nigeria: Tunji Adeniyi-Jones, Ndidi Dike, Onyeka Igwe, Toyin Ojih Odutola, Abraham Oghobase, Precious Okoyomon, Yinka Shonibare, Fatimah Tuggar, „Nigeria Imaginary” AtPalazzo Canal 10. Ethiopia: Tesfaye Urgessa, „Predjudice And Belonging” At Palazzo Bollani 11. Portugal: Monica De Miranda, Sonia Vaz Borges, Vania Gala, „Greenhouse” At Palazzo Franchetti Artsy ( który zajmuje się tylko sztuką, ale niekoniecznie jest czytany) proponuje z kolei taki wenecki spacer po najlepszych wystawach: https://www.artsy.net/article/artsy-editorial-10-best-national-pavilions-60th-venice-biennale 1. United States: Jeffrey Gibson, “the space in which to place me”. Curated by Kathleen Ash Milby and Abigail Winograd, Giardini 2. Estonia: Edith Karlson, “Hora lupi”.Dramaturgy by Eero Epner, Chiesa di Santa Maria delle Penitenti, Cannaregio 3. France: Julien Creuzet, “Attila cataract your source at the feet of the green

Photo of the Year

Trzeba uświadomić sobie jak intensywna jest cyrkulacja wciąż nowych zdjęć, obrazów medialnych. To coś równie potężnego jak Golfsztrom, prąd wijący się między Ameryką a Europą. To nurt spajający akurat te dwa kontynenty wyjątkowo mocno. Lepiej, żeby tak pozostało. Zdjęcie jest takie jak być powinno. Proste, dojmujące, nie da się długo udawać, że na przykład egzotyka nie pozwala nam zobaczyć czemu się przyglądamy. Zdjęcie Mohammeda Salem pracującego dla Reuters wygrało tegoroczną edycję World Press Photo. Moment ogłaszania werdyktu jury w Amsterdamie sam w sobie był sceną dla dobrego zdjęcia. Instytucja kultury w pokościelnym wnętrzu, w prezbiterium, nagrodzone zdjęcie na miejscu retabulum ołtarzowego, dookoła zaaferowani oficjele, urzędnicy, prasa. Może wydawać się, że zestawienie z jedną z czterech namalowanych przez Magritte’a wersji obrazu Les Amants jest mocno naciągane. Co ma łączyć zdjęcie z Gazy z surrealistycznymi Kochankami z 1928? Zakryte twarze, nie za mało?  To kwestia równie delikatna, jak ciepły, morski prąd. Odpowiedzią ogólną, pomagającą wyraźniej uświadomić sobie dlaczego takie zdjęcia wygrywają jest bardzo stara fraza, opisująca całe życie, chyba każde życie: eros kai thanatos / έρως και θάνατος. Ileż tomików poetyckich, ileż zbiorów akwareli tak zatytułowano, banał doskonały! Miłość i śmierć, tyle dokładnie to znaczy. Mimo nieprzerwanej pracy giełdy, rynków, dużych modeli językowych AI i tajnych laboratoriów wszyscy nadal mamy tylko tyle do dyspozycji. Niektórym zdaje się, że jeszcze mniej. To fraza lekko melodramatyczna jak na aktualne, chłodne standardy językowe. Uwaga o melodramatycznym charakterze obrazu Magritte’a znalazła się w opisie na stronie nowojorskiego Museum of Modern Art. Nie ufajcie zbytnio w trafność muzealnych opisów.  Nie ustalimy z jakiego powodu Magritte aż czterokrotnie wracał do tego motywu.  Faktem jest, że kiedy miał czternaście lat utopiła się jego matka. To było w Belle Époque, jeszcze przed I wojną. Kobiety nosiły wtedy długie suknie, takie, które mokre oblepiają szczelnie ciało.  Jeśli klikniecie w link z

Wariata wymyślił Cervantes

Człowiek po przejściach, z kłopotami finansowymi, ot, pechowy szaraczek, przykurzony weteran spod Lepanto. Wymyślił kogoś, kto walczy ze złym światem, kto sprzeciwia się, kto ruszy na dowolnie wielkiego olbrzyma, bohatera rodem z dwudziestowiecznego westernu, samotnego, prostego, pewnego swojej oceny sytuacji. Dlaczego Daumier jednym ruchem malujący pełną wyrazu głowę szkapy zaoszczędził farby malując głowę jeźdźca?  To jeden z bardziej zagadkowych portretów autentycznego szaleństwa. Pięć lat wcześniej, w 1863 Gustave Doré opublikował swoje wspaniałe, pełne szczegółów ilustracje do powieści Cervantesa.  Grafika pokazująca moment zderzenia rozpędzonej, szarżującej wyobraźni z rzeczywistością powinna być obowiązkową ilustracją zarówno na egzaminie dojrzałości, jak i na egzaminie na prawo jazdy dowolnej kategorii.  Na ilustracjach Doré łapczywie wpatrujemy się w zniuansowane szczegóły. Patrząc na obraz Daumiera, który potrafił równie sprawnie ilustrować oraz komentować każdy zakątek świata, patrzymy jak w lusterko o poranku. Upłynie dłuższa chwila zanim zaspani uświadomimy sobie co widzimy.  Świat i przemierzający go bohater są jak dwie krople koloru, są jednym niedbałym maźnięciem ochry. Znów trzeba będzie się bić, żeby choć trochę się odróżnić od tła, przed zmierzchem.  ___ Honoré Victorin Daumier, Don Quijote and Sancho Panza, 51 × 32 cm, Nowa Pinakoteka, Monachium

Wszystko da się prosto uporządkować

Chyba tylko „ci od architektury”, no, dzisiaj może jeszcze ci od SRE (Site Reliability Engineering) oraz niezmordowani site admini nadal w to wierzą.  Jak po sznurku, jak przy linijce, jak w tabelce albo sylabusie, punkt po punkcie.  Obrazy rzeczywistości, nawet te absolutnie nieruchome, doskonale znane, oglądane od tysięcy lat wyglądają na mocno poplątane. Drugą skrajnością są mistrzowie nawijki i żywego słowa, którym jest wszytko jedno o czym trajlują – liczy się intensywność, bit i flow. Wątek i sens to dla nich pojęcia archaiczne wprost z XIX-wiecznego tkackiego krosna, nie mające nic wspólnego z aktualnym przekazem i obrazem. Jeśli lubicie zagadki nielogiczne popatrzcie bez pośpiechu na relief ustawiony przy zachodniej ścianie kaplicy Grobu Świętego przy południowej nawie kościoła św. Cyriaka w Gernrode.  To duży, stary kościół (starszy od chrztu Polski), na początku XII wieku do południowej nawy dodano kaplicę Grobu z mocno poplątaną, fragmentarycznie zachowaną dekoracją, ze śladami licznych zmian pierwotnego programu. Większość analizujących ten obiekt uznaje, że małe postacie w rogach zoomorficznej bordiury to Jan Chrzciciel i Mojżesz. Nie ma zgody co do tego, kim jest postać pomiędzy kolumnami. Postać wychodząca nam naprzeciw z wnętrza grobu. Na wielu stronach znajdziecie dziarską interpretację, że to Maria Magdalena. Dlaczego Mojżesz i Jan „poprzedzający” zmartwychwstałego wskazują akurat na nią?  Nie mamy nawet pewności czy ta postać była tam od początku. Ułożenie jej stóp podpowiada niektórym badaczom, że pierwotnie była to płaskorzeźba planowana jako postać leżąca, nie stojącą. Patrzymy na wykutą w kamieniu zaskakująco realistyczną twarz i nie wiemy nawet do jakiej płci należała (to jeden z najstarszych przykładów problemów z gender iconography). Są tacy, którzy uważają, że może to być św. Metron, któremu poświęcono całą zachodnią część kościoła, inni twierdzą, że to biskup Bernhard von Halberstadt, który w 959 roku brał udział w konsekracji kościoła i klasztoru. Dla wielu ta nadnaturalna postać, jej

Prezentujemy kilka wierszy tegorocznego laureata Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta, Yang Liana

Za ich przekład odpowiada Joanna Krenz. Jak piszą krytycy, poezja Yang Liana łączy zachodnią, modernistyczną wrażliwość z niemal szamańską, chińską tradycją, stając się pomostem między kulturą Zachodu i Wschodu. Bezosobowy śnieg无人称的雪 1. Śnieg suchy pośpieszny naśladujący ludzkie uniesieniezwierzęcy zmierzch i świtśnieg na drobnych łapkach pnie się po gałęziach drzewa delikatny szkielecikszklany szkielecik hartowany w potężnym ogniu śnieg zawsze dotkliwie brzęczy w uszachdługo po tym jak ustanie co może zmarły pamiętać ze śmiercisekretnie rozsypane srebro wewnątrz ciałatysiąc ciężarnych kobiet rodzących w niebiosachzziębnięte sieroty powite bez zezwoleniabladoczerwona drabina ciała   wiedzie na maleńkie poddaszena stryszek białej nocy gdzie przechowuje się zwłoki nie istniejesz to dlatego twoje dni przez cały rok toną w śniegu 2. Na ośnieżonej ziemi od horyzontu do horyzontu ślepcy   nie widząwiersza który umarł w hoteluani doliny w której rozmnaża się złowieszcze światło wszyscy oni pod jednym urwiskiem pozbawiani są cienizmieniają się w zabiedzoną igłę słonecznego zegara w ogrodzieśmiechem obmywają stopy używają zdobnych naczyń misternie skleconych przez martwego ptakana pikniku łapczywie chłepcą czerwoną wodę źródlanąze strumyka wydzielin z ciał ślepców w południe nie widzą turysty z wierszależącego nago na hotelowym łóżkunie trzeba się wcale zapaść   by wniknąć w głąb śnieżnej lawiny 3. Gliniana lampka to twój podarunek dla mrokuprzy dźwięku ocierających się o siebie kropel deszczurodzi się śnieg w twoim imieniuśnieg znaczący twoje ciało tatuażemból uwalnia więzione od lat w kamieniu ptakijeden ptak to jedno słowo   ale ty nie masz słów śnieżyca   to wiszący cmentarz na dachach miastanawet anioły w gniazdach liżą ranyjak złote bestie przycupnęły w dawnych dniachczłowiek co wyszedł na jaw z wody w wodzie musi zniknąćśnieżyca jest muzyką przebrzmiewającą przez śmierćpo codziennej śmierci imieniaodsłaniasz ciało którego człowiek nie może dotknąći każesz się dotykać niebuod śniegu do krwi   muskając każdy z ognistych językóważ do chwili gdy ciemność zwraca nie wiadomo czyj czas 4. Noc jak myśl szaleńca   dobija siędo naszych czaszek   zmusza do konfrontacjiz niebezpiecznym śniegiem nadchodzącym

Czytajmy Joyce’a – rysujmy Łódź

Zbliżają się wybory, może da się jeszcze niespodziewanie skręcić w bok? A nawet się urwać? Albo nawet i zostać. I co dobrego zrobić w mieście. Jeśli wierzyć dacie, Maciej Słomczyński napisał te trzy zdania 14 lipca 1969 roku. To zdanie otwiera, krótki, siedmiostronicowy tekst „Od tłumacza”, kończący osiemset siedemnaście stron Ulissesa Jamesa Joyce’a, w wydaniu PIW.  Peerelowski nakład 40 000 (+ 200) egzemplarzy zstąpił jak duch i zdecydowanie odmienił oblicze „tej ziemi”. A zdania Słomczyńskiego pozostaną z nami jeszcze długo w XXI wieku.  „Istnieje na świecie wielka grupa szczęśliwców, którzy odrzucają jako oczywisty nonsens wszystko to, czego nie są w stanie zrozumieć na pierwszy rzut oka. Ludzie ci wymagają od sztuki jedynie najwyższej zręczności w powielaniu tego, co im najbliższe i najlepiej znane. Krótko mówiąc wymagają tego, czego nie muszą się uczyć, a mogą pojąć bez większego wysiłku, który z kolei musiałby doprowadzić do rozwoju i udoskonalenia owej delikatnej aparatury wewnętrznej służącej człowiekowi do wytwarzania wzruszeń.” Zdanie pierwsze zdumiewa z powodu profetycznej trafności sprzed ponad pół wieku. Jakim cudem czy kaprysem wyobraźni można było tak wiernie i lakonicznie opisać całą niemal dzisiejszą tzw. „klasę polityczną” w mieście? Pod koniec lat sześćdziesiątych pojęcie „klasy” jako czegoś, co opisuje społeczeństwo było oczywiście w PRL-u powszechne, ale przewidzenie, że za pół wieku coś tak abstrakcyjnego jak „klasa polityczna” będzie pokrywać się (we własnym mniemaniu) z „grupą szczęśliwców”, jest niepojęte. Najbardziej odległe od znanej nam wersji współczesności jest zdanie trzecie. Nie mógł Słomczyński przewidzieć, że zamiast „delikatnej aparatury wewnętrznej” będziemy w latach dwudziestych XXI coraz śmielej korzystali z aparatury zewnętrznej, wcale nie delikatnej, za to śmigłej, wszystkożernej nazywanej w skrócie Mediami.  Jeśli wierzyć dacie na rysunku, Rob Krier w 2007 przestrzegał Łódź nie przed grzechem zaniechania realizacji NCŁ. Przestrzegał nas przed naszymi marzeniami. Rob chciał być księdzem, musiał dużo wiedzieć o  grzechu. Koncepcja grzechu,

„Uchwytność architektury” to istotna zdolność 

dla zrozumienia czegokolwiek w mieście. „Uchwytność pojęcia (architektury)” to i istotna dla rozumienia czegokolwiek cecha/zdolność oraz problematyczny w swojej sensualności zwrot językowy.  Język, jego zasady dają nam możliwość napisania o „pojęciach nieuchwytnych”. Czy jest to zwrot, określenie tylko językowe, bez desygnatu, bez istniejącej poza słowami treści? Tego rodzaju pytania zadajemy sobie pewnie w całej Polsce – nie tylko w Łodzi. I oczywiście, nie tylko w Łodzi pozostają one bez odpowiedzi.  Najrozsądniej byłoby takie wydumane problemy poruszać w „Kołach Łowieckich”. Takie to Łowcze Koło stworzyli w naszym mieście lokalni architekci. Pod latarnią (tam najciemniej), na opuszczonym przystanku tramwajowym ustawili swoje ambony. I oczywiście, natychmiast stali się niesłyszalni (niewidzialni). Bardzo nam się takie działanie spodobało. Chociaż jest spora szansa, że denerwująca nieuchwytność zostanie rozpoznana i opisana jako po prostu „jeszcze nie złowiona”. A upolowanie, trafienie w takie umykające pojęcia wymaga po prostu lepszych noktowizorów, większych nakładów na szkolenia itp. A czasu brak… Wybory! Stanowisko łódzkich myśliwych podzielają ci, których zwykle nazywamy pragmatycznymi technokratami. Zaskakująco często taka identyfikacja jest używana w polityce, i to raczej jako kategoria pozytywna. Architekci mocno to muszą przeczuwać. Jeśli nieopatrznie zapytamy o „uchwytność pojęć” nie myśliwego, a na przykład szczerego architekta-egzystencjalistę-modernistę, możemy się dowiedzieć, że oprócz abstrakcyjnej nieuchwytności zdarza się nam odczuć – na własnej skórze – dotyk pojęć (także tych pozornie abstrakcyjnych).  Dotyk to słowo grzeczne i stonowane. Doświadczamy czasem miażdżącego dotyku pojęć. I to zaskakująco różnych pojęć od Sprawiedliwości, przez Lęk, Zdrowy Rozsądek, po Miłość.  Co gorsza, nadal nie ma na rynku dostępnych, przetestowanych leków i suplementów diety wspomagających odporność na dany rodzaj dotyku. I bądź tu mądry! Na szczęście ten wymóg ustawowo obowiązuje tylko do matury. Nie powinien już dotyczyć tych z nieco przydługim jak na nasze czasy tytułem mgr. inż. arch. Ostatnie doniesienia z Północnej Ambony napawają optymizmem. Nocą można już polować na Architekta

Zaraz wybory, ważne wybory

Czas zająć się miastem. Czas na Mózg. Ale jeszcze nie na mózg architekta (miasta). Mózg (cerebrum) jest nazywany największym organem elektrycznym człowieka. Jesteśmy zafascynowani elektryczną aktywnością mózgu. Podobnie każde miasto można opisać i badać jako skupisko życia, które przesyła, wytwarza i zużywa prąd. Potrafimy zestawić kompletny schemat połączeń elektrycznych miasta, dysponujemy całodobowymi zapisami elektrycznej aktywności miast. Mamy takie dane nawet dla Capital Cities. Słowo capital pochodzące od łacińskiego caput (dopełniacz capitis) pokazuje jak bardzo antropocentryczni jesteśmy przy opisywaniu otoczenia i formujących go sił. I jak bardzo chcemy samych siebie opisać właśnie jako splot fizycznych sił. Łódź rozciąga się po dwóch stronach ulicy Piotrkowskiej. Lizbona, rozciągająca się nad brzegami Tagu, niczym elektryczny układ, gdzie przepływ energii oświetla zabytkowe uliczki, napędza tramwaje. Analizując schematy połączeń elektrycznych Lizbony i całodobowe zapisy jej aktywności, możemy dostrzec jak nowoczesność przeplata się z tradycją. Nie inaczej jest w Weronie. Czy kompletny schemat sieci elektrycznej i zużycia prądu w Weronie pozwoli nam odkryć, że jesteśmy gatunkiem, który potrafi wymyślić historię z Werony, w której istnienie Juli i Romea jest faktem istotniejszym niż istnienie całej reszty Werony? No, chyba, że Willem Dafoe znowu wpadnie do Londynu i w mieście braknie prądu. Ostatnio odwiedził Łódź… Dawno to było. W pewnym okresie rozwoju młodego osobnika gatunku homo sapiens taniec jest faktem najważniejszym i bardzo fizycznym. Taniec… Zobaczcie na scenę tańca z Haunted Honeymoon z naszej listy na 5inLodz.pl/sceny To jest wybór Emmy Stone.

Jak wszyscy wiemy, mamy do dyspozycji kilka światów

Nie zawsze są one dostępne „na żądanie” (w standardzie: World on Demand – WOD), ale zawsze kręcą się blisko nas. Może właśnie z tego powodu „przestrzeliliśmy” w naszej Fundacji kolejny projekt. Przyszłość zaczęła mocno doskwierać teraźniejszości. Igrzyska Przyszłości miały nieco uspokoić sytuację i rozpocząć budowę w Łodzi Kamienicy Wieku Przyszłego. Oczywiście, we wschodniej pierzei przyszłego Rynku Kobro w NCŁ. Naprzeciwko Kamienicy Ziemi Obiecanej, w ramach tegoż samego projektu 21K. Poszło (jak zawsze) o łódzkiego barona Münchhausena. Nie wszyscy mają tyle werwy, co baron, który na Księżyc wdrapał się po linie.  Co z pozostałymi, którzy nie mają takiej krzepy? A przemieszczać się w Łodzi po ulicach trzeba. Można swobodnie podróżować między mundus sensibilis i mundus intelligibilis. Po grecku (jak zwykle) brzmi to jeszcze lepiej, bo podróżować można miedzy dwoma „kosmosami” (κόσμος αἰσθητός i κόσμος νοητός).  Jedną z najbardziej bezpiecznych, wzruszających naiwnością „inżynierskiej” wizji łatwości komunikacji w przyszłości zobaczyć można na grafice Grandville’a z wydanej w 1844 roku książki Un Autre Monde. Kiedy słuchacie (lub czytacie) o wspaniałych technologiach przyszłości, i wszystko wydaje się wam zrozumiałe, proszę pamiętać o tym solidnym moście Grandville’a. Jego kosmiczna rozpiętość przęseł zapowiada paryską Wieżę Eiffla, która zostanie zbudowana za czterdzieści lat. I tylko pomyśleć, że w Łodzi jest nieco inaczej niż dookoła. Łódź w swoich usiłowaniach uporania się z przyszłością wciąż pamięta, że jest nowotworem, czymś, co wyrosło błyskawicznie pośrodku feudalnych włości Ziemi Sieradzko-Łęczyckiej. I wszystko sobie podporządkowało. W mgnieniu oka, w czasie życia jednego pokolenia, jak biblijna wizja Ziemi Obiecanej. Zastanowimy się, czy przypadkiem nie należy na początek skończyć z kazaniami, nawracaniem, namawianiem do działania, postarać się o jeszcze wiekszą rozpiętość. Kto wie? Znowu wyprzedzimy Londyn…

Bohater powinien być tylko jeden, to skutecznie ogranicza zamęt w bajce

A w bajkach dzieje się tyle niepojętych rzeczy na raz, że o zamęt łatwo. Doskonale sprawdza się w bajkowej realności asymetria, pozwala odróżniać bez wahania. Szczególnie krzywda w bajkach zawsze jest asymetryczna. To asymetryczne napięcie nakręca i napędza akcję.  A wartka akcja jest podstawowym parametrem dobrej bajki i medialnych przekazów. Reklamodawcy to lubią. Z punktu widzenia ich interesu bez znaczenia jest dokąd prowadzi perspektywa. Czy obowiązują jakieś intuicyjne prawa, ciążenia, konsekwencje zakazu bilokacji, nietożsamości dobra i zła? Liczy się tylko powtarzalna bez końca sekwencyjność. Tak jak w łańcuchu dostaw. Dotarło to ostatnio podobno nawet do Elona Muska. Pogrążenie się w bajkowości, w bajeczności jest jednym z prostych sposobów przetrwania w realiach ostrego, otwartego konfliktu. Znacie jakąś niebajkową wojnę?   Nawet jeśli macie pecha i znacie, to najchętniej byście o niej zapomnieli. Bajki są nam potrzebne. Przy okazji, a nawet bez niej, warto wrócić do lekko zapomnianej lektury Bruna Bettelheima (Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni).  To książka napisana przez autora, który już w1938 siedział w obozie koncentracyjnym. Napisana w 1977 roku, w epoce, kiedy wszyscy dorośli jeszcze wiedzieli, że najważniejsze baśnie zwykle są dwie, antagonistyczne, agonistyczne i trzymają się nawzajem w szachu. Do samiutkiego końca. Oczywiście zawsze i wszędzie bohater (powinien być jeden) jest sprawiedliwy. Dość sztampowa współczesna ikonografia Sprawiedliwości (Iustita) najchętniej pokazuje ją przy pracy. Na trzymanej w pewnej dłoni wadze rozważa Sprawiedliwość każdy przypadek.  Głowa nie jest specjalnie do takiej roboty potrzebna, zresztą Sprawiedliwość sprawiedliwa i tak nic nie widzi, ma zasłonięte oczy.  Nawiązaniem do dawnej, jeszcze antycznej tradycji jest obecność gwiazd. Kiedyś znaczyło to, że jest Iustita jedną z sił elementarnych formujących zarówno świat ziemski, zamieszkały przez śmiertelników, jak i te jego niedostępne, najwyższe rejony, które ulokowały się wysoko ponad stellatum – sferą gwiazd stałych.  Dziś gwiazdy najczęściej symbolizują jakąś wspólnotę polityczną, państwo, etnos.  Ich

Bez pomocy dziecinnej wyobraźni możemy sobie nie dać rady z tak wymagającym repertuarem

Jasne, polityka zawsze i zapewne wszędzie była spektaklem, nieznośną czasem teatralizacją wszystkiego, co się nawinie.  Nasz kłopot, teraz, zimą 2024 polega na tym, że teatralizacja objęła też prawo.  I usiłuje również w tym obszarze upowszechnić spektakularnie emocjonalne zachowania.  Oklaski, gwizdy, buczenie – cała teatralna, ludyczna bezpośredniość zaczynają wypierać prawną argumentację. Na niewiele przydaje się przy takiej teatralizacji umiejętność czytania między wierszami, wychwytywania prawnych niuansów, odwoływania do tekstu.  Jeśli ten proces się upowszechni, będziemy znów dumni z naszej teatralnej awangardy, choć nie będzie to eksperyment tani.  Theatrum mundi to zwrot opisujący rzeczywistość bardzo wielu kultur, pasujący do tego, co dzieje się w wielu krajach. Dlaczego jednak nas spotyka taka gratka, że najnowsza premiera w naszym kukiełkowym teatrzyku mediów wygląda jak awangardowa synteza dwóch bajek: Frankensteina i Wielkiej zagadki misia Uszatka? Śmiać się czy płakać?  Nie wiadomo, tym bardziej, że liczne są głosy krytyki, uznającej, że naprawdę chodzi w tym spektakularnym galimatiasie o Czarcie gry. 

Nic tak nie pomaga jak słodka myśl, że inni mieli szczęście 

22 stycznia 2021 roku zmarł w wieku 97 lat Henryk Jerzy Chmielewski. Przed wojną związany z PPS, zajmował się rysowaniem, jak sam wspominał, „karykatur politycznych”. W 1939 do 6 października walczył w armii Kleeberga. Po ucieczce z transportu jenieckiego w 1941 wraca do Warszawy. Od 1942 jako dwudziestolatek publikuje w prasie podziemnej rysunki tworzone z odsłuchu komunikatów radiowych. Zgodnie z obowiązującym zarządzeniem niemieckich władz okupacyjnych słuchanie i posiadanie radia było karane śmiercią. Chmielewski był człowiekiem praktycznym, w radiowych wspomnieniach z 1980 szczegółowo opisywał, jak przypinać agrafką rulonik z rysunkami od środka do nogawki spodni, żeby nie wpaść w czasie ulicznej rewizji, kiedy trzeba przejść przez miasto do punktu kontaktowego.  W maju 1944 dostaje zlecenie na opracowanie albumu z rysunkami z życia okupowanej Warszawy. Cóż, przyszło Powstanie, którego nawet bezpośredni „kurier z Waszyngtonu” Jan Nowak Jeziorański nie był w stanie powstrzymać. Temat albumu się zdezaktualizował, odrealnił w dwa miesiące. Chmielewski walczy do 27 września na Mokotowie, potem przez Pruszków trafia do Stutthofu. Za próbę ucieczki zostaje pobity tak, że, jak mówił sam: „byłem czarny, rzygałem krwią”.  Polscy jeńcy, lekarze zajmujący się nim dostarczają mu trochę papieru, Chmielewski zaczyna rysować scenki obozowe. Już po wyzwoleniu tafia do szpitala brytyjskiego, tam papier dostaje od pielęgniarek i dalej rysuje.  Potem, w epoce planowanego w pięciolatkach nieprzerwanego postępu jest już z górki.  Od 1957 roku rysuje w „Świecie Młodych” przygody szympansa Tytusa de Zoo z Trapezfiku (Afryka Środkowa). Tytusa znalezionego (w polskiej) kosmicznej rakiecie trzeba (jak cały kraj po wojnie) pilnie uczłowieczyć. Będą to czynili przez wiele wydawanych kolejnych „Ksiąg”, książeczek z komiksowymi przygodami harcerzy Romek i A’Tomek.  Gdyby nie wiek (i chroniczny brak PESELu) A’Tomek zostałby dziś dyrektorem wciąż planowanej pierwszej polskiej elektrowni atomowej. I z pomocą komiksowego opiekuna, profesora T. Alenta wywiązałby się z tego zadania. Tytus de Zoo to małpa z głębokiego PRL-u,

Chcecie na własne oczy zobaczyć

jak kilka lat po wojnie kobiece łydki w ciągu kilku sezonów stają się socjalistyczne w treści, choć nadal ponętne w formie? Chcecie lepiej zrozumieć, co łączy małomównego, podstępnego Erosa i perspektywę ulic na Bałutach? Musicie na tę wystawę pójść. Cztery salki w starym gmachu Muzeum Sztuki, tam gdzie zawsze, na rogu Więckowskiego i Gdańskiej. Niby nic, a wystawa wielka. To jedna z najważniejszych wystaw w ostatnim roku, nie tylko w Polsce. Nie przeoczcie, nie zagapcie się, jak dziecięce „Licho Jednookie”. Takie, jakie dwudziestokilkuletni Nowosielski narysował dla Teatru Lalek w mieście Łodzi, do którego przyjechał w 1950, szukając pracy i miejsca do zakotwiczenia się w ciągle dziko obcej powojennej realności.  Dwa tygodnie temu skończył się rocznicowy rok Nowosielskiego, pora więc prywatnie, już na poważnie na jego obrazy popatrzeć. To raczej nie skończy się na jednej wizycie.  Zbyt wiele wątków, zbyt wiele olśnień, zbyt wiele pozornie od siebie odległych zjawisk (np. socrealizm i świętość szczera, jak na ikonie konturem obrysowana) udało się kuratorkom – Paulinie Kurc-Maj i Juliannie Goździk – zmieścić i ujawnić w tych niewielkich salach. Oraz, jeśli nadal nigdy nie widzieliście (w tak filmowym mieście jak Łódź to prawie niemożliwe, ale zapraszamy też gości ze stolicy i okolicy) solidnego, ortodoksyjnego ikonostasu z zapomnianą, autentyczną Polską Kronika Filmową z epoki w miejscu carskich wrót, na Nowosielskim w Łodzi być trzeba. Nie po to, by snobować się na rozległe życie kulturalne, lecz po to, by zacząć cokolwiek rozumieć w tym mieście, nauczyć się, co i jak łączy perspektywę ulicy z waszą tak starannie zaszyfrowaną intymną prywatnością.  Nowosielski przez dwanaście lat spędzonych w Łodzi namalował mnóstwo dziwnych portretów w jeszcze dziwniejszych wnętrzach. Z labiryntu, jakim każde miasto stara się – na jawie i w swoich snach – być, nie da się wyjść bez kilku bezgłośnych lekcji uważnego patrzenia. Zabierzcie rodzinę, ulubionego zwierzaka, ulubiony

To wszystko to na pewno nie wy

To po lewej to stare naskalne zadrapanie, liczące może ponad trzy, a może tylko dwa i pół tysiąca lat. W naszych głowach wygląda jak ktoś wchodzący do labiryntu.  W środku też nie wy, to przecież do znudzenia przypominany człowiek ad quadratum, ad circulum, dwie zebrane i genialnie prosto nałożone na siebie przez Leonarda da Vinci wyobrażenia tego, co podobno powinno nas normować, mitygować. Idealna („renesansowa”, jak uczyli przed maturą) symetryczność i perfekcyjne dopasowanie do okrągłego świata, przejrzysta, prosta geometria, która bez wysiłku zmienia naszą ludzką niedoskonałą pokraczność w trwały ideał. Obok – Modulor Le Corbusiera, źródło bezliku współczesnych ergonomii i systemów projektowania. Niby wprost z życia wzięty, a jakoś mniej ma się ochotę utożsamić z postawnym, barczystym, precyzyjnym w geście Modulorem, niż z drobniejszym człowiekiem da Vinci.   A po prawej? Pewni jesteście, że to nie wy? Potraficie się skutecznie odróżnić od tej w zamyśle przecież abstrakcyjnej, a nie antropomorficznej „ikonki”?  Ta ikonka niczego już nie wskazuje, po nic nie sięga, nigdzie nie wchodzi. Po prostu jest, stoi i chłonie ze wszystkich stron jak leci. To dopiero solidny miraż labiryntu bez końca i bez miary. Zapowiada się nieskończona transmisja z każdej strony. I wy w samym środku.  Przygotujcie sobie przekąski. Chociaż rynek przekąsek, podobnie jak rynek transmisji chętnie was obsłuży. Nie musicie się ruszać.

Znowu styczeń, aż się chce w pole zaraz ruszyć

Skoro sytuacja wymusza powrót do niekończącej się dyskusji o powstaniu desperackim, wymuszonym, Styczniowym spróbujmy robić to z jasno określonym politycznym celem. Historyczne okoliczności pozwalają podjąć próbę zmiany rozumienia Rzeczypospolitej jako tworu etnicznego, narodowego, polskiego, na zaskakująco nowoczesny projekt dążący do zrównania praw różnych etnosów w ramach zakreślonych wynegocjowanym przez Obywateli (równych nacji, wyznań i języków) porozumieniem – Konstytucją.   Gdyby udało się nie zaczynać jak w szkole zawsze od Konstytucji 3 Maja…  „Powszechnie przyjmuje się, że Konstytucja 3 maja była pierwszą w Europie i drugą na świecie (po konstytucji amerykańskiej z 1787 r.) spisaną konstytucją (https://pl.wikipedia.org/wiki/Konstytucja_3_maja). Powinniśmy przypominać o Konstytucji Benderskiej, nazywanej też konstytucją Filipa Orlika  (Конституція Пилипа Орлика, Пакти і Конституція прав і вольностей Війська Запорозького). Zaraz po bitwie pod Połtawą, w 1710 r. spisano ją w tureckiej warowni w Tehini (Benderach) nad Dniestrem, także po łacinie (Pacta et constitutiones legum libertatumque exercitus zaporoviensis). Ustalała zakres władzy między nowym Hetmanem, Radą Generalną, Starszyzną Generalną i Sądem Generalnym. A przede wszystkim określała poprzez prawo zakres wolności, rzeczy nie praktykowanej w imperium carów. Korona pod panowaniem Augusta II, związana unią personalną z absolutystycznie rządzoną Saksonią Wettynów określała wtedy swój interes jako zgodny z Rosją Piotra I, a nie walczącymi po stronie Szwedów Kozakami.   Czy polityczny (niebezpieczny) ideał res publicae wolnych ludzi nie znalazł swojej kontynuacji w tej wciąż marginalizowanej, a  pierwszej w świecie konstytucji spisanej w niezrozumiałym języku, w zapomnianym zameczku nad dziką rzeką, pośrodku właśnie znikającej swobody między europejskim absolutyzmem a bezkresem imperiów już azjatyckich?  Nawet Amerykanie mieliby trochę  starszy, historyczny powód uzasadniający własne zaangażowanie w utopię prawa jednego dla wszystkich.  Ilustracja: Konstytucja Filipa Orlika; Mural Banksy’ego, uchwała Westminster City Council z 2008, przeznaczony do usunięcia; Kartka pocztowa wydana w 1916 r. w Krakowie z herbem używanym przez władze Powstania Styczniowego zestawiony z herbów Korony, Litwy i Ziem Ruskich.

Następna Gwiazda Betlejemska pojawi się dopiero w 2080 

Następne wybory odbędą się już w kwietniu tego roku. Podobno zarówno ewangelia Łukasza, najbardziej szczegółowo opisująca dzieciństwo Chrystusa, jak i druga poświęcająca temu czasowi uwagę ewangelia Mateusza miejscami dalekie są od prawdy. Z religijnego punktu widzenia brzmi to kiepsko: ewangelia daleka od prawdy. Brzmi tak tylko wtedy, gdy mamy w głowach wyjątkowo spopularyzowane przez wiek XX pojęcie prawdy jako tego, co odzwierciedla w jakimś zapisie (np. matematycznym) układ rzeczy, realizacji między nimi, stan faktów, czy „prawa przyrody”. Nie trzeba nawet odwoływać się do specyfiki perspektywy religijnej, wystarczy zauważyć, że w takim obrazie świata my sami, nasz status w świecie, funkcjonowanie naszego umysłu, świadomości (duszy?) może być tylko jeszcze jedną kategorią faktów. Czy potrafimy tak konsekwentnie o sobie myśleć?  Historia kultury od Oświecenia chętnie wylicza nurty i tendencje dany model rzeczywistości akcentujące. To w znacznej mierze uformowało Zachód i jego bezdyskusyjny sukces kulturowy. Kłopotów, jakie (już po epoce Wittgensteina) pozostały z uznaniem tożsamości „faktów” i „zachodzących stanów rzeczy” nie rozwiązał ani operacjonizm, ani strukturalizm, ani przebojowy marksizujący materializm, ani trzymanie się korespondencyjnej teorii prawdy.  Obok takich światopoglądów współistnieją zupełnie inne, nie zawsze wyraźnie (tak jak światopogląd religijny) zdogmatyzowane. Inne, czyli takie, w których oprócz faktów pomiędzy nimi istnieje, działa, ujawnia się coś, co faktem niekoniecznie jest. W światopoglądach religijnych będzie to siła nadludzka, Los, zabobonne fatum, w światopoglądach niereligijnych abstrakcyjne prawa przyrody, do ujawnienia których potrzeba ewolucyjnie skomplikowanego tworu, jak na przykład ludzki mózg. Trzej Królowie, trzej Magoi, Mędrcy opisani przez Mateusza (Mt 2,1-12) są bodajże osadzeni w bardzo starej (sięgającej II tysiaclecia p.n.e.) tradycji z Psalmu 72, 10-11, opisującego uznanie nowej hierarchii świata.  To tak zwany psalm Salomonowy, opisujący królestwo Mesjasza.  Z dzisiejszego punktu widzenia to krótki, pełen geograficznych szczegółów zarys geopolityki prowadzonej przez jedną, absolutnie dominującą siłę sprawczą.  Dziś nadal nie potrafimy w słowach wyrazić, czy to, co polityczne,

Wtedy to była zima. I wtedy też była Michalina Wisłocka

Straszą dziś, że zimno będzie. Co oni tam wiedzą, tyle co z ekranu spłynie. Zimno to było. Jakoś tak między 1978 a 1979. Mówili na to potem „zima stulecia”, mówili tak nawet ci, co jeszcze pamiętali zimy z lat czterdziestych, zimy czasem gdzieś daleko. Coś musiało być na rzeczy. Na dworze było na pewno mnóstwo śniegu. To widać do dziś na fotografiach. Śnieg nawet dawno stopniały, wbrew temu, co pisał Franciszek Villon to (w epoce fotografii) konkret, da się porównać nawet po latach. Można w nim zaryć się na amen. Co innego taka na przykład miłość (o niej też pisał Villon).   A przydałoby się, skoro zimno. Chwilę przed peerelowską Zimą Stulecia w 1978 zjawiła się „Sztukakochania” Michaliny Wisłockiej. Zjawiła się i zmieniła wiele, więcej chyba niż te monumentalne zaspy z początku 1979. Tamta zima była sporym kłopotem dla ówczesnych władz. Jeszcze większym okazała się książka o bardzo konkretnie opisywanej miłości. Długo krążyła w odpisach po gmachu KC PZPR w Warszawie.  Życzmy sobie, nawet teraz, w tych kilku chłodniejszych dniach i nocach by raz jeszcze takie zjawisko jak książka Wisłockiej niespodziewanie spadło nam na wyobraźnię. Ileż energii zostałoby ulokowane całkiem trafnie w sferze prywatnej zamiast kipieć na publicznych forach. Wyszłoby to wszystkim (praktykującym i nie, odśnieżającym i nie, wiosłującym do przodu i nie) na dobre, a może i na zdrowie. A zdrowie zimą rzecz istotna. Franciszek o tym też wiedział.

Minister kultury zmienił reprezentanta Polski na Biennale Weneckim

Nie zachwycimy świata projektem Polskie ćwiczenia z tragiczności świata. Między Niemcami a Rosją. Kłopot w tym, że takie ćwiczenia będziemy długo (do bólu) powtarzali w kraju. No, ale prosty minister w stopniu podpułkownika nie musi tego wiedzieć.  Obrazy Ignacego Czwartosa – jak powiedział kiedyś Jerzy Nowosielski – są doskonale „abstrakcyjne”. Choć czyste w swoim gatunku, to jednak wyjątkowo „ciepłe”, uczuciowe. Oszczędne w formie, wręcz skąpe, o zgaszonej tonacji kolorystycznej, jest w nich jakiś spokój, dla niektórych – duchowość, dla innych – liryzm. Porównuje się je do tradycji malarskiej, którą rozpoczął Kazimierz Malewicz swoim „Czarnym kwadratem na białym tle”.Czwartos abstrakcje zaczął malować będąc na studiach, jednak jego „artystyczne” początki stanowiły portrety nawiązujące do tradycji portretu trumiennego. Nie ukrywa, że polska sztuka sepulkralna robiła na nim zawsze ogromne wrażenie, a jego abstrakcje wywodzą się w dużej mierze z sarmackich portretów trumiennych malowanych na blasze. Poza tym, z czarno-białej fotografii nagrobnej. Pierwsze portrety nanosił na czarne tło, nawiązując do rodzimego malarstwa XVII-wiecznego. Stąd może zgaszona kolorystyka, brana – jak twierdzi Czwartos – z natury. Srebro blachy zastąpił przybrudzoną bielą, formę zaczął upraszczać, wchodząc w obszaru abstrakcji. Znużony nią znów powrócił do portretu, ale w inny sposób: tradycyjność stara się łączyć z abstrakcją. Efekty zobaczyć można w Otwartej Pracowni w Krakowie, gdzie oprócz czystej abstrakcji wystawia wizerunki zakonnic: tak jak trzeba, poważne, w czarnych habitach i hieratycznych pozach, otoczone jednak ramami malowanej abstrakcji.  Malowane obrazy wymagają więcej uwagi niż obrazy medialne. To dziwne, biorąc pod uwagę nieprawdopodobną przewagę statystyczną tych drugich. Są wszędzie, są pomysłowe, są trafne, mimo tego obraz namalowany (lepiej lub gorzej) podpisany przez kogoś, kiedy już zdarzy się nam na niego popatrzeć bez pośpiechu, angażuje uwagę o wiele bardziej. Oby taki stan rzeczy utrzymał się jak najdłużej w kulturze XXI wieku. Ministerstwo Kultury pewnie trzeszczy pod naporem doradców domagających się natychmiastowych

Słynna „zmiana paradygmatu” Thomasa Kuhna nigdy nie następuje równocześnie w całej kulturze

Kiedy indziej zmienia się nauka, technologia, a w zupełnie innym rytmie zachowania społeczne, moralność, czy estetyka. Łatwo można obserwować zmiany preferowanych modeli w estetyce.  W latach osiemdziesiątych XIX wieku w jednym z najszybciej rozwijających się miast w cesarstwie Habsburgów był Lwów w Galicji. Jak w większości miast pod koniec XIX wieku powstały tam dekoracje gmachów publicznych, które miały pokazać błyskawiczne tempo zmian cywilizacyjnych. Zestaw dekoracyjnych panneau Triumf Postępu w auli Politechniki Lwowskiej zaprojektował Jan Matejko w latach osiemdziesiątych XIX wieku (Mistrz Matejko naszkicował małe kompozycje powiększane i uzupełniane przez grono jego uczniów z krakowskiej Akademii Sztuk). Wśród jedenastu obrazów można zobaczyć tak niespotykane kompozycje alegoryczne jak Wynalazek Telegrafu z postacią Kolumba w jednoosobowej łodzi i Alegorią Ameryki trzymającą porcelanowy izolator ze słupa telegraficznego.  Trudno o bardziej wyraźny przykład użycia starego kostiumu alegorii do pokazywania nowych zjawisk. Oparty na alegoriach i personifikacjach nawyk myślenia zgodnie z regułami retoryki okazuje się zawsze anachroniczny i zabawny wobec tego, co nowe. Nawet dziś nie da się wykluczyć, że jakaś społeczność zapragnie podobnej kompozycji przedstawiającej na przykład Wynalazek Internetu, albo Odkrycie Esportów. Z punktu widzenia podejmujących decyzje o inwestycjach stary, dłużej używany kostium estetyczny będzie zawsze wydawał się bezpieczniejszy. I z tego powodu mamy kamp jako estetykę codziennej dziwności. Estetyczne doświadczenie „dziwności” będzie nam towarzyszyło i po pandemii. I wiele jeszcze będzie  zabawnych zakątków świata zaprojektowanych „zgodnie z wszelkimi regułami”.

Słodkie fotki z Instagrama są często prześwietlone

i wypadają blado na tle solidnie pisanych i odmalowanych fantazji na FB. Dziewczyny… 2024 rok będzie czasem drapieżników. Czyli będzie należał do Was. Zachodnia kultura potrafi – hokus pokus – to, co niebezpieczne zmienić w to, co rozkosznie przyjemne, co zachęca do zakupów, co zwiększa apetyt na więcej od życia. Potrafi tak robić co prawda nie wszędzie, ale w ważniejszych centrach tak. Dlatego fajniej jest mieszkać w Londynie, Brukseli, Paryżu, niż w Skiroławkach, czy Bronowicach Małych.   Potrafimy tak fantazjować od co najmniej pół tysiąca lat. Od czasu, kiedy hrabia Hendrik III van Nassau w swoim pałacu na przedmieściach Brukseli zawiesił duży obraz uprzyjemniający rozmowy w czasie wydawanych uczt.  W szkołach taką zdolność do skupiania się na tym, co atrakcyjne, co na wyciagnięcie ręki, nazywają kulturą nowożytną. Mówią, że to napędza gospodarkę. Skupienia i sukcesów w gospodarce życzymy w całym 2024 roku. Zobaczycie! 2024 będzie niesamowity, usiądźcie wygodnie, oglądajcie do woli, pomrukujcie z zadowolenia – to dylemat godny duńskiego księcia, co wybrać: Lifestyle czy Shopping?  Pod choinką chciałoby się mieć i to, i to. I blask, i dźwięk. Ale uwaga! Blask jest „niepojęty”, jak poucza kolęda. Dźwięk trąbek, radosny, zdyszany, jak oddech biegnących w stronę blasku kurierów, którzy na moment porzucili swój codzienny pęd. Takiego dźwięku najlepiej nasłuchiwać w Weihnachtsoratorium Jana Sebastiana Bacha. Co do blasku, może być jaki bądź blik sol invictus – słońca, które właśnie na nowo się urodziło i zaczyna zyskiwać na mocy.   Ten sam dźwięk i, kto wie, czy nie bardzo podobny blask wrócą podobno w preludium Apokalipsy. Te same, trudne do zignorowania znaki mogą w ludzkiej wyobraźni znaczyć to, czego pragniemy i to, czego się obawiamy. Ekonomia znaku, ekonomia semiotyki to dziedzina pełna paradoksów.

Nie, to nie w Łodzi 

To nie na Włókienniczej. To, jako żywo, jest globalna wersja wspólnej pamięci. Dziwicie się, bo jest radosna, twórcza, pełna inwencji, tryskająca świeżością skojarzeń. „W latach siedemdziesiątych Nowy Orlean starał się pobudzić inwestycje w coś, co później stało się znane jako Warehouse District. Oczekiwano, że Piazza d’Italia wywoła falę inwestycji w Warehouse District i w całym śródmieściu Nowego Orleanu, wzbudzi zainteresowanie śródmieściem.”(…) „In 1974, Charles Moore, a prominent contemporary architect, former dean of the Yale School of Architecture and a proponent of a witty, exuberant design language later termed postmodern architecture was approached to help realize the vision of New Orleans’ Italian-American community. In close collaboration with three young architects then practicing with the Perez firm in New Orleans – Malcolm Heard, Ronald Filson and Allen Eskew – Moore conceived of a public fountain in the shape of the Italian peninsula, surrounded by multiple hemicyclical colonnades, a clock tower, and a campanile and Roman temple – the latter two expressed in abstract, minimalist, space frame fashion. The central fountain, located in the middle of a city block, was accessed in two directions: via a tapering passage extending from Poydras Street, or through an arched opening in the clock tower sited where Commerce Street terminates at Lafayette Street. The fountain and its surrounding colonnades playfully appropriated classical forms and orders, executing them in modern materials (e.g. stainless steel, neon) or kinetically (e.g. suggesting the acanthus leaves of traditional Corinthian capitals through the use of water jets).” (https://en.wikipedia.org/wiki/Piazza_d%27Italia_(New_Orleans)  Na Piazza d’Italia udało się zmieścić pamięć/wyobrażenie całej dawnej kultury. Tego co z niej przydatne w Nowym Świecie. W przededniu 2024 roku powoli się zaczyna. Pora planować – w skali architektury – Piazza della Vittoria su…  Co za różnica, su tego czy tamtego.   Może być miłym, ergonomicznie i ekologicznie zaprojektowanym dodatkiem do wielu Warehouse

Rzeczy ważne są proste, bardzo proste

Święta, ich długa, mechanicznie, rytualnie powtarzana tradycja, tak stara, że nie pamiętająca już, co właściwie odróżnia chronos od aionu i kairosu, skoro wszystkie trzy słowa nazywają czas, unieważni próby pokazania, że sytuacja jest wyjątkowa, nadzwyczajna, dramatyczna.   Święta są w tym aspekcie jawnie niesprawiedliwe, sprzyjają atakującym, wprowadzającym zmiany. Święta uspokajają, otulają, nucą: lulajże, lulaj. W święta dowolnie wielką grę ogląda się z większym dystansem, w sytym zamyśleniu. Jeśli gra was wciąga, jeśli identyfikujecie się z kimś grającym, przygotujcie się na baaardzo długą, mimetyczną relację z rozgrywki. Będzie takich pasm – zdarzeń, przyczyn, skutków, perypetii, epizodów – tyle, ile grających. Nie da się z nich spleść czegoś spójnego. Tak, jak nie sposób grać na szachownicy, na której zamiast białych i czarnych pół jest jednolita, gładka, szaro-niebieska płaszczyzna.  Na grafice z lewej widzimy najbardziej znaną wideo instalację TV Budda Nam June Paika, z prawej – XV-wieczne malowidło w Täby autorstwa Albertusa Pictora, które zainspirowało Ingmara Bergmana do umieszczenia sceny rozgrywki między Rycerzem i Śmiercią w starym czarno-białym filmie, kiedyś dawno „puszczanym” w święta w telewizorze. Leonardo da Vinci, Adorazione dei Magi, 1481, Uffizi Rzeczy ważne są proste, bardzo proste. Proste jak kolumna. Na nich opiera się wszystko dookoła. Bardzo rzadko zdarza się nam widzieć je wyraźnie, „twarzą w twarz” (1 Kor 13,12). Może jednak w Wigilię, w Święta?

Tunel w środku łodzi brzmi jak pomysł z filmu przygodowego

Nie szkodzi, w Łodzi przyzwyczajeni jesteśmy do masywnych fabularnych fantazji i ich beztroskiego wyświetlania. Oswoiliśmy się z nimi, oswoiliśmy się na nowo już w XXI wieku. Miasto ma swój rytm, już nie ten dawny, na trzy zmiany, ale nadal w starym tempie: „do upadłego”, „na akord”. Łódź płynie, Łódź nie tonie.  Łódź usiłuje nawigować pomiędzy mocno czasem wzburzonymi bałwanami. Łódź nie jest filmowa, każdy, kto choć raz tu był, doskonale wie jak bardzo jest nie filmowa.  Łódź jest normalna, chce tylko dopłynąć. Jak najprościej, bez kinowych zwrotów akcji.  Czy kolejny raz zostanie z imaginacyjną konstrukcją z patyczków, paseczków i wstążeczek zamiast z solidnym wiosłem w garści?  Zobaczymy, Łódź to miasto łatwowierne, ufne, zapatrzone w projekcję – lepiej nie sprawdzać, jak się zachowuje, gdy ktoś ją nagle zacznie mocno podtapiać. 

W Łodzi tempo zdarzeń jest szybsze, czasem błyskawiczne

I bardzo dobrze, dzięki temu potrafimy się odnieść do kolejnych zaskoczeń, jakie niesie codzienność. Minął rosyjski „Dzień jedności”, z zaakcentowanym łódzkim wątkiem w artykule D. Miedwiediewa. Rosjanie mają 4 listopada – rocznicę wygnania z moskiewskiego kremla „polskich interwentów” My mamy 11 listopada. W tym roku mieliśmy parę rzeczy do zrobienia. To, jaką strużkę historii lubimy najbardziej nie jest aż tak istotne wobec wyzwań, jakie przyniósł rok 2023.  Róbmy swoje, za rok, dwa tylko łowcy memów będą pamiętali o „zabetonowanym” na Legionów autku. Oby podobnie było z kremlowskimi perspektywami na przyszłość Europy.  A jeśli ktoś potrzebuje jak powietrza odniesienia do historii, dla własnej wolnej egzystencji niech spojrzy uważnie, jak na zdjęciu z 1934 (wyszperanym przez kremlowskich archiwistów) już zmęczony i chory Dziadek trzyma ręce w kieszeniach munduru. Wygląda jakby lekko mu zwisało, jakie to niezwykle ważne figury stoją obok, on wie, co ma robić.  I to jest niezła stylówa na 1 stycznia, tak można się nosić nie tylko na Legionów przez cały 2024 rok.  Poniżej kilka cytatów z w sumie mało ważnego, ale wpływowego artykułu w rosyjskich mediach centralnych. „W dalszym ciągu szokująco śmierdzących wypowiedzi obecny polski prezydent, którego nazwiska nie warto wspominać, do końca zatracił człowieczeństwo i nazwał mieszkańców swojego kraju, którzy brali udział w wyborach w czasach PRL „świniami”. Mówił, że w przeciwieństwie do socjalistycznej przeszłości, teraz w Polsce do późnych godzin nocnych w lokalach wyborczych ustawiają się «fantastyczne kolejki».”(…)  „Idea jedności słowiańskiej ostro przeciwstawiała się poczuciu wyjątkowości i wyższości, które w dalszym ciągu dręczyło naród polski. (…)” „Powojenna państwowość polska nie mogłaby się odrodzić bez udziału ZSRR. Wolą teraz o tym nie pamiętać. (…)” „Władze w Petersburgu sprzyjały rozwojowi szkolnictwa w języku polskim. Największy uniwersytet w Imperium Rosyjskim na początku XIX wieku został Wileńskim i nauczał głównie w języku polskim. To właśnie tam studiował największy polski poeta Adam

Znamy nie jedną pięciolatkę

Nie taką z warkoczykami, tylko taką, o której mówiło się z obawą na naradach, akademiach, plenach jako o planie pięcioletnim, który musi zostać zrealizowany. Socjalizm miał perfekcyjnie biurokratyczne plany. Dzięki temu przyszłość była czymś udomowionym, co zawsze wiedziało, z czym nie wyskakiwać z głupia frant. Jak jest teraz? Całkiem nieźle! Sądząc po ewolucji sylwetek Ludzi Roku wybieranych i ogłaszanych przez Times będzie jak kiedyś. Żadnych pandemii, żadnych ekologicznych lęków, żadnych wojen. Każdy, mniej lub bardziej systematycznie i planowo będzie robił swoje, a w wolnych chwilach gapił się na piosenkarki, aktorki, gwiazdy i obłoki srebrzyste w tysiącu kanałów. Brzmi nieźle, prawie jak kolejne plany pięcioletnie z PRL-u.   Grafika od lewej: okładki magazynu Times z lat 2019, 2020, 2021, 2022 i fragment najnowszej figury wspólnej wyobraźni oraz dwa stare sztychy jeszcze starszej personifikacji siły boskiej, ale i mocno ironicznej. Siły odwiecznej, bawiącej się z nami jak kot z myszą, rok w rok.  Łatwiej dziś sprawdzić nawet ostatnich piętnastu „ludzi roku” z listy Times’a, niż rozpoznać tę siłę. Wpiszcie w wyszukiwarki swoich telefonów Momus. To stare, ludyczne bóstwo, uosobienie sarkazmu.  Sarkazm miesza się nam z ironią, u Kopalińskiego ironia to „lekki sarkazm”. Może koty potrafią posługiwać się czymś takim, my nie. Pochodzący z greckiego, źródłowy czasownik sarkadzein oznaczał rozdzieranie mięsa. Akurat tego w 2023 nie brakowało. W greckich mitach Momos była (podobnie jak Kopernik w „Seksmisji” Machulskiego) kobietą, córką Nocy. To ona podszepnęła mocno poirytowanemu na śmiertelników Zeusowi, żeby nie fatygował się zsyłaniem potopu czy wysyłaniem gromów w gęstych salwach. Szkoda czasu, lepiej wydać Tetydę za śmiertelnika.  Z jej małżeństwa z Peleusem urodziła się piękna Helena, z jej powodu wybuchła wojna między Europą i Azją, wojna trojańska, wojna nie do zakończenia. Ludzie zaczęli wykańczać się sami, to epokowy wynalazek ludzkości. Koniecznie sprawdźcie, kto podpowiedział Taylor Swift, żeby sfotografować się z takim miłym kotkiem

Jak umarła klasa?

Jak przyzwoity, nadal czytający, lekko konserwatywny (ale bez przesady) inteligent ciężko pracujący ma obejrzeć przeróbkę, krotochwilę (wulgarną – vulgaris znaczy przecież po łacinie tyle co zwykły, pospolity, codzienny, znany) z transmisji Obrad Wysokiej Izby?  Jak ma nie stracić kontaktu z najbardziej żywotną, elementarną, ludyczną warstwą narodowej kultury (doskonale przecież pamiętamy jak ten problem gnębił Wyspiańskiego sto dwadzieścia lat temu), a zarazem nie udać się na wewnętrzną emigrację (to ryzykowne dziś, mogą potem już nie wpuścić z powrotem)?  Jak nie stracić wiary (ojców) w objawione prawdy: w rewitalizację, modernizacje i skokową demokratyzację ukochanej naszej Itaki? I takie pytanie będzie nas często gnębiło, w epoce gwałtownie rosnącej popularności maszynek potrafiących dowolnie archetypiczną treść z dowolnie pustych głów wyemitować w pierwszej lepszej scenografii. Uwaga zarówno elementy scenografii (w tym na przykład karafka przed Marszałkiem), jak i wewnętrzna pustka są objęte prawami autorskimi, proszę samodzielnie, po amatorsku nie majstrować przy trans-misji obrad i wydarzeń.  Starajcie się zachować żywy kontakt z językiem współczesnym, czasem czytajcie co nieco na boku, w miarę sił „śledźcie na bieżąco” (ale naprawdę, bez przesady).  Najodpowiedniejszą dla pracującej inteligencji rolą w aktualnym spektaklu jest doskonale wszystkim znana, wdzięczna rola Dzidka, do którego ponętny niczym Polonia Restituta (chyba jakaś była Miss) podmiot liryczny apelował wprost: Dzidek, nie opuszczaj przewodu! A jak nie pomaga, to zawsze możecie sobie dla inteligenckiej ulgi inne głęboko symbolicznie curiosa narodowego spektaklu przypomnieć.  Dajmy na to, to z krakowskiego teatrzyku sprzed osiemdziesięciu lat. Podobno każdy najmniejszy detal z tamtych spektakli był niesłychanie ważny. Podobno pracujący nad tamtym spektaklem bardzo się starali elementy jak najbardziej pospolite, w realiach 1944 wulgarne, w homerycki dramat Wyspiańskiego wepchnąć.  To, co wystawiają dziś, potraktujcie lekko, od niechcenia, jak wstawienie między koło od furmanki a drewnianą atrapę armaty plastikowej repliki turbiny wiatrowej (made in Siemens) i kilku tweedowych serduszek. Dramatu to nie wypaczy.  

Spacerujmy odwzajemniając szczery uśmiech każdego napotkanego bałwana

„W okresie zalegania śniegu wystrzegaj się stromych stoków i nie wchodź do niebezpiecznych żlebów, którymi mogą zejść lawiny śnieżne.” Nie ma co udawać. To bardzo przydatne pouczenie. Nawet jak powstanie CPK w środku Polski, która może być krajem wybranym, pozostaniemy gatunkiem mało lotnym. Teraz, w obliczu fali mrozu trzeba twardo spojrzeć prawdzie w oczy: ludzie nie potrafią latać. Ani jeden z nas. Przed lawiną nie damy rady odlecieć. Nikt. Nawet ci z hodowli w wojskowych laboratoriach do zadań najspecjalniejszych sami z siebie, o własnych siłach nie latają. Mimo to jakoś sobie radzimy, nawet zimą. Mniejsza o armię dronów precyzyjnie dostarczających gorącą café latte i spersonalizowany granat pod wskazany adres.  Radzimy sobie bo w odróżnieniu od bardziej lotnych gatunków natychmiast wiemy co możemy zrobić z czymś tak obezwładniająco bezdusznym i jałowym jak śnieg.  Najbardziej optymistyczną informacją jest to, że najlepiej radzą sobie z bezużytecznością śniegu dzieci. Nie latają, ale śmigają, lepią bałwany, genialnie, swobodnie, ze śmiechem, od niechcenia. Nie zapisujcie ich na kursy lepienia ze śniegu.  Chyba nie ma wiarygodnych statystyk korelacji częstotliwości używania luster i ilości ulepionych bałwanów. Ilościowe oblicze nauk społecznych wciąż dalekie jest od doskonałości.  Skoro dzieciaki za darmo lepią nam takie piękne bałwany, zamiast upewniać się co kwadrans, że my to nadal my, zamiast czytać o „fazie lustra” u Lacana – po prostu spacerujmy.  Ograniczmy rozbudowę wyrafinowanych systemów utrwalających obraz naszego zachowania. Śnieg z niewielką domieszką jasnej wyobraźni potrafi je zastąpić. Spacerujmy odwzajemniając szczery uśmiech każdego napotkanego bałwana.  Nie musimy spacerować wzdłuż linii. Śnieg najwyraźniej ignoruje dotychczasowe granice i rozgraniczenia, unieważnia linie. Ostrożna rezygnacja z tego nawyku, może być całkiem udanym pierwszym krokiem w skróconym kursie latania.  Spokojnie, pożaru z tego nie będzie. Pali się tylko na dole jednego z kilku starych obrazów Magritte’a z serii La condition humaine. Już zacieramy ręce. W przyszłym tygodniu w Atlasie

To nie była transmisja z Ligi Mistrzów,

choć ekran był naprawdę duży (nawet jak na standardy Atlasa). Nie sprzedawaliśmy chipsów, nie zasiedliśmy przed ekranem. W ramach abonamentu igrzysk się nie udostępnia. To był zaledwie skromny pokaz w naszym mieście. Demonstracja. Zresztą nie chodziło o to, jak dużą i wypasioną wersją ekranu dysponowaliśmy. Szybko dotarło do nas, że wpatrujemy się, że wszyscy razem wpatrujemy się w to samo lustro. To bolesny, a jeśli trwa za długo – bardzo niebezpieczny rodzaj spojrzenia.  Ludowa mądrość zawsze przypominała, że „złe oko” to początek kłopotów. Co robić, kiedy zaczyna do nas docierać, że takie właśnie oko dostrzegamy nie na ekranie, ale w lustrze? W takim obrazie nie ma co szukać zapowiedzi następnego – jeszcze ciekawszego – sezonu, jest tylko ten sezon. Jest trudne i niebezpieczne teraz.  Lekko obłudnie martwimy się o dzieciaki siedzące przed ekranami… czy wiemy co mamy zrobić (sami ze sobą) nie potrafiąc uwolnić się od gapienia w lusterko? Zbliżamy się do momentu, kiedy nie będzie można dłużej udawać, że radzimy sobie z obrazami.   Dawno temu egzotyczna corrida i przysłowiowa „płachta na byka” opisywała ten rodzaj spektaklu, który przy niewielkim za-gapieniu kończy się ciosem w brzuch i wypruciem flaków. Czy oby jesteśmy gotowi na taki narodowy występ? Czas poszukać ochotników. Olé!

Gołe kolana na wizji. Kto wie czy to nie przesądziło o zwycięstwie opozycji? 

Sądząc po minie dziennikarza emocje wtedy rządziły już wszystkim. W listopadzie nam przeszło. Spróbujcie sobie (jeszcze w październiku) wyobrazić gołe kolana Prezesa.  – Radzę czytać Hrabala. – przekonywał nas wiele lat temu Jerzy Owsiak. Do naszej Biblioteki 5inLodz.pl książki Hrabala jednak nie ofiarował. Może właśnie przez gołe kolana… – Kiedyś książek nie kupowało się, książki się zdobywało. Stało się w kolejkach, szukało na bazarach – mówił Jurek Owsiak. – Wasz pomysł jest super, te książki niosą w sobie cały ładunek czasu. I nabiorą rangi eksponatu. I tyle. Biblioteka 5inLodz.pl rośnie, książki nabierają z wiekiem rangi eksponatu. Nie mamy Hrabala, nie mamy też innych. W bibliotece posiadamy (także czytamy) Dzienniki Eliadego. I są tam fragmenty jak ulał pasujące do naszej sytuacji.  „Śniło mi się, że schodzę… gdzie czeka dobrze znana mi łódź… wydała mi się obca… przyklejona do jej burty była inna łódź, której zrazu nie spostrzegłem i nie mogłem zorientować się, jaki ma kształt i wymiary. Niemal nieświadomie przechodzę z mojej łodzi do tej drugiej, tajemniczej. I nagle rozumiem. Wszystko staje się cudownie jasne i proste. Wszytko: życie, śmierć, sens istnienia… Chodząc po… tej łodzi, mówiłem sobie: nie do wiary, że nikt jeszcze na to nie wpadł, przecież to takie oczywiste.” No i w tym miejscu człowiek zwykle budzi się, kiedy okazuje się, że nikt nie uważa tego za „tak oczywiste”.  Ów „brak wymiarów i kształtu” toż to jakby nawiązanie wprost do naszego miasta Łodzi! Tak czy inaczej to krzepiące, że przynajmniej niektóre sny nieżyjących już Rumunów o Gangesie niewiele się różnią od materii w jakiej chcąc nie chcąc grzebiemy już od paru ładnych lat. No i nader prawdopodobne, że Eliade lokując to we śnie ma rację: jest to materia oniryczna, kiepsko poddająca się formowaniu przez administrację i prawo. Miasta nie da się zamknąć podobnie jak książkę zamyka się po przeczytaniu, bez zapisania kiedy i co nam się śni. Chociaż w sumie to może i lepiej coś napisać zamiast

Czy ktoś wie, jakie melodie gwiżdże przy robocie Mateusz Morawiecki?

Czy Penderecki gra lepiej niż ostatnio Lewandowski (w kadrze)? Czy da się w 2024 dostać grant na zrekonstruowanie jego partytur, oczywiście przy użyciu AI? Poplotkujmy. Tylko plotkę można przeciwstawić tężejącej jak beton pamięci zbiorowej, pamięci kultury o rozmiarach i różnorodności podobnej do pasa startowego, na którym wypisano zgrabnymi literami w słusznym rozmiarze: Wspólne Dobro + Pamięć Narodu.  Dzięki temu jest to rodzaj pamięci, z którym idzie nam gładko. Kiedy trzeba przypominamy sobie wszyscy o jakiejś postaci, najczęściej nigdy osobiście nie spotkanej i zaczynamy pisać rozprawkę na zadany, rocznicowy temat. Tak wygląda schemat działania mediów interesujących się kulturą.  Gdyby jakimś cudem taką sylwetkę dało się postawić pośrodku tego aeroportu narodowej pamięci, skąd ciągle próbujemy startować w kierunku przyszłości, skala mnemonicznego pejzażu zmieniłaby ją w ledwie dostrzegalny cień, detal, niuans, smaczek. Taka jest dziś rola artystów, nawet w społeczeństwie przez wiek XIX nauczonym na pamięć, że Artysta dorabia jako Prorok, Kapłan, czasem nawet jako Męczennik.   Żyjemy w epoce, kiedy stary system operacyjny pamięci już nie daje rady, a nowego wciąż nie ma na rynku. Nawet w sztuce są postacie, którym udało się w sposób równie bezdyskusyjny, jak w sporcie, od razu zaznaczyć własną istotność. W powojennej kulturze polskiej zdarzyło się to w podobny sposób, za sprawą konkursu przynajmniej dwa razy. W 1948 trzydziestoczteroletni Henryk Tomaszewski na Międzynarodowej Wystawie Plakatu Filmowego w Wiedniu otrzymał pięć pierwszych nagród. Wszystko uczciwie, prace opatrzone różnymi godłami.  W roku 1959 na II Konkursie Młodych Kompozytorów trzy pierwsze nagrody dostał dwudziestosześcioletni Krzysztof Penderecki. Penderecki dla pewności jeden utwór pisał prawą ręką, drugi lewą (był oburęczny), trzeci dał do przepisania. To się nazywa poważne podejście do zawodów.  Raz tak spektakularnie skupiona uwaga zostaje na długo. Trzeba jeszcze sprostać i zaspokoić niejasne, ale intensywne oczekiwania otoczenia tym, co zrobi się później. Trzeba jak w sporcie „utrzymać wysoką formę”.  Obydwu

To co fundamentalne, to co konstytutywne, powinno być proste

Powinno być ewidentne dla wszystkich, skoro odnosi się, podtrzymuje, obejmuje każdego i wszystko, nie powinno samo nikomu przysparzać kłopotu.  Co powinno być, „a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Chyba z tego powszechnego, ludycznego przekonania bierze się językowa i funkcjonalna martwota wielu konstytucji.  Im bardziej erudycyjni, nie pozbawieni głębokiej i rozległej jurysprudencji konstytucjonaliści doprecyzowują brzmienie i wykładnię konstytucyjnych artykułów, tym słabiej majaczy idea konstytucji w rzeczywistości codziennej. Rzeczywistości redukującej co się da, do prostoty rozgrywki o wszytko. Do gry szybkiej, twardej, tak oczywistej, że oczy same otwierają się nam szeroko ze strachu. Czy banalna, powtarzalna czynność prze-pisania fragmentu tekstu, który już wydrukowano w wystarczającej ilości egzemplarzy, do czegoś realnego służy? Czy prze-pisanie tekstu, który na ekranie pojawia się natychmiast, pozwoli komuś obok, często mniejszemu, młodszemu, gorzej sobie radzącemu wytłumaczyć jakie są najważniejsze zasady naszej codziennej aktywności? Tym razem nie chodzi o tekst, nie chodzi o język, nie chodzi o nieuniknione błędy i pomyłki. Nie kolekcjonujemy, nie pytamy o preferencje. Nie śledzimy nawyków. Przepisujemy Konstytucję do ostatniej kropki, i chodzi tu o coś, co jest jednym ze źródeł spontaniczności każdego z nas, chodzi o pamięć i uwagę. Pamięć prywatną, uwagę wyśnioną, spontaniczną.  Można być zadowolonym, trzeba być wymagającym, uważnym, spragnionym nowości i kultury. Nie można popaść w bezwolę, nie potrafi się wtedy ożywiać ważnych dla nas Rzeczy, a rzeczy należy wciąż i wciąż, na nowo, bez końca ożywiać – nawet gdy inni mówią, że to rzeczy tak pospolite, że nie warto ich spisywać. Rzecz-pospolitą mamy wszędzie, nawet tam, gdzie jeszcze nie doprowadzono światłowodu. Czego jeszcze potrzebujemy? Konstytucji, constitutio jako zasady, zasad, principium określającego granice spontaniczności każdemu tak samo, sprawiedliwie, jawnie, prosto?  Rzeczy pospolite trzeba przepisać do ostatniej kropki. Próbujemy pisać spokojnie, pewnie, ale bez czołobitnej afektacji, wobec tego, co jak duch podobno unosi się nad literą. To jest pewnie niedoskonała,

Przedwyborczy tydzień marginalizuje seks

W sytuacji długotrwającej niepewności większość gatunków rezygnuje lub znacznie ogranicza aktywność seksualną. Porównawcze badanie poziomu seksualizacji obrazów w drugiej połowie XX wieku i w ikonosferze tej dekady może być wyraźnym dowodem zmiany równie niewygodnej (pozbawionej sex appealu) do zauważenia jak globalne ocieplenie. W obydwu przypadkach nikt tego nie chce. A na wybory trzeba iść.  Za tydzień zaczną znikać z pejzażu tak malownicze, tak znaczące, tak rozbudzające skojarzenia i emocje nazwiska. Kiedy patrzy się jak przypadek, czy konieczność ustawia obok siebie kandydujących trudno powstrzymać się przed myślą, że jeden tylko Franciszek Bohomolec wiedział by, jak z takich koincydencji pouczającą komedyjkę ułożyć, dla wspólnego dobra i poprawy Rzeczypospolitej. Ten lekko zapomniany autor bez zahamowań korzystał z siły brzmienia nazwisk swoich bohaterów. Kiedy w „Małżeństwie z kalendarza” wystawionym po raz pierwszy w roku 1766 w warszawskim Teatrze Narodowym szlachcic Staruszkiewicz postanawia wydać córkę Elizę za innego, herbowego szlachcica Marnotrawskiego, wiadomo, że robi źle. Mówi mu o tym na scenie rodzona siostra, Pani Bywalska, ale szlachcic słowo dał, więc aby udało się młodą uratować od niekochanego adoratora, trzeba pod koniec sztuki rękoczynów z powodu długów i szczęśliwej interwencji rodowitego Niemca, Ernesta, oficera w polskim wojsku, który Elizę kocha z wzajemnością. Wtedy w burzliwej epoce stanisławowskiej publika podobno biła brawo, dziś mogłoby to zależeć od sympatii politycznych. Jest jednak postęp w polityce.

Nie ma się co śmiać! Łódź to Łódź! Zawsze była w awangardzie zmian, które stopniowo obejmowały resztę kraju

Zakończył się 34 Festiwal komiksu i Gier w Łodzi. W 1991 roku, w chwili, kiedy nikt nie wiedział jak będzie wyglądała nowa, „zachodnia” rzeczywistość w Łodzi pojawił się Ogólnopolski Konwent Twórców Komiksu. Komiks to forma okcydentalna, dziś obecna wszędzie, ale nadal kojarząca się z Zachodem, z jego zanurzeniem w nadmiarze obrazów. Tak charakterystyczne dla okcydentalnej mentalności cechy jak ironia, skłonność do prześmiewczego „przerysowywania” dowolnego obrazu rzeczy doskonale wyrażają się w komiksie. Komiks jest rodzajem gry z tym, co zastane, co ustalone, co nienaruszalne. Jest trochę bajką, trochę bujdą, trochę dosadną trafnością. Jest formą narracji w tym samym stopniu, co formą wizualną. Co chwila, zauważmy, że taki czy inny zupełnie „poważny” fragment codzienności zaczyna przypominać komiks. Końcówka kampanii wyborczej bez wysiłku zmienia w komiks całe niemal życie społeczne. Spora część obywateli zagłosowałaby za utrwaleniem konstytucji w formie komiksu. Dekalog jest dla wielu formą komiksową, z racji prostoty wyliczanki, kadr po kadrze. Ilość odmian, rodzajów, trendów, mód w komiksie, jak widać to na kolejnych edycjach łódzkiego festiwalu, jest ogromna. Wśród wielu rozdawanych w Łodzi nagród warto zwrócić uwagę na nagrodę na pasek komiksowy, formę elementarną, krótką, lakoniczną, składającą się z trzech do pięciu kadrów (5 x 5 cm).  Przyznawana po raz drugi wraz z Fundacją Przekrój nagroda w konkursie im. Zbigniewa Lengrena to statuetka Profesora Filutka. Profesor Filutek to postać wymyślona i rysowana przez Lengrena dla Przekroju przez ponad pół wieku (od 1948 do 2001). Robił co mógł by wschodnią rzeczywistość zmienić w coś lepszego. Może dlatego jego przygody cieszyły się popularnością w tak sympatycznych krajach jak NRD (wydano tam kilka książeczek z jego przekrojowych przygód), Chiny Ludowe, Czechosłowacja, a nawet ZSSR. W latach sześćdziesiątych samotny Profesor znalazł psa, Filusia, odtąd przez czterdzieści lat trzymali się razem. Po śmierci Zbigniewa Lengrena miejsce Profesora Filutka w Przekroju zajął Stanisław z Łodzi, „pozbawiony finezji

Co powiecie na chwilę niemoralnie odprężającej lubieżności? Wiadomo, trochę się należy…

Ale wiadomo też, że trzeba się potargować. Jak w handlu – trzeba mieć refleks. Można być za, można przeciw, każdy (dla każdego) znajdzie w takiej konwencji choćby niewielką, satysfakcjonującą rolę dla własnej fantazji. Samemu trzeba szukać chwili ulgi pośrodku bitewnego pejzażu kampanii dookoła. Mamy to przetrwać, wybrać rozsądnie i mieć siłę na własne plany po wyborach. Od tego zależy więcej, niż od samych wyborów. W gratisie, na koszt Atlasa Sztuki i wspólnej wyobraźni. Sprzedajmy Polskę! „Sprzedawanie Polski”, biorąc pod uwagę rozbiory, to temat doskonały dla piszących doktorat na przykład z ikonografii XIX wieku. Motyw krótko sformułowany, działający jak podnieta. Wiek XIX (a więc z naszej perspektywy już po sprzedaży) scalił przy pomocy pary i handlu Europę. Nie inaczej było w naszej Łodzi. W sztuce od biedy można go określić jako długi czas coraz bardziej w sobie zakochanego akademizmu. Dziewiętnastowieczny akademizm jako postawa mentalna niedaleki jest od dzisiejszych zachwytów dla precyzji sumarycznych i statystycznych ujęć w tabelkach. Kto wie, czy przełomu XX i XXI wieku nie będą kiedyś nazywali epoką neoakademizmu? Początek XIX wieku za sprawą egipskiej ekspedycji Napoleona, a potem greckiej partyzantki Byrona cenił motywy orientalne, dalekie, wprost z dzikiego wschodu. „Sprzedawanie Polski” bez trudu można osadzić w takiej konwencji. A jeśli ktoś potrzebować będzie „aluzyjnego” nawiązania do obcych i odmiennych to również skorzysta, bo na malowanych na przełomie XIX i XX w. obrazach widać wszystko niemal „tak jak w kinie”. Gdyby minister kultury uznał taką potrzebę bez trudu można dopiero co otwartemu Muzeum Historii Polski, dla przykładu, zlecić rozpisanie konkursu na wysoce artystyczne (nie tylko wizualne) opracowanie takiego motywu. Ewentualna wystawa mogłaby być ucztą dla oka i sukcesem frekwencyjnym. Bardzo, ale to bardzo lubimy się spokojnie przyglądać szczegółom tego, co nas przeraża.  Jean-Leon Gerome to akademik wczesny, mocno klasycyzujący, malarz świetny, więc sprzedawanej Greczynce można wraz z kupcem zajrzeć

Wszystko może zmienić się we wszystko: miasto w łąkę, wilk w baranka, małe w ogromne, martwe w żywe, złe w dobre

Czy nie taki rodzaj transformacji wyświetlany jest na łódzkich fasadach? Warto wyraźnie od początku mówić, że to festiwal podobny do teatru, który Grotowski nazywał zwyrodniałym rytuałem, zwyrodniałym, bo w dawnych rytuałach nie było widzów, byli tylko uczestnicy.  W tym roku, możecie prosto z festiwalu pójść w jedno jeszcze ciemno miejsce: do kina (kiedyś to w Łodzi były kina…). Pójdzcie na Doppelgängera. Sobowtóra Jana Holoubka.  W takim mieście, które samo nie wie kim jest, kim chce być, gdy wzorem starszych miast dorośnie to pomysł niezły. Mogą się wam jak greckiemu epoptcie nagleotworzyć oczy, Łódź to nie miasto, to, po łódzku mówiąc, Doppelgänger der Stadt. Nic pewnego, nic namacalnego, raczej feeria rozbłysków i projekcji. Całkiem udany model współczesności, oswajajcie się. Miasto nie ma rytmu. Ma ich zbyt wiele, nawzajem się zagłuszają. Lubimy to. Lubimy też, nawet gdy do głowy nam nie przychodzi osadzenie w archaicznym, ruralnym kalendarzu pór roku. Niby nas to śmieszy ale gdyby dałoby się tak po miejsku, po łódzku, z samego chcenia zrobić święto nie do przeoczenia, święto oczywiste jak dożynki czemu nie.  Pomysł, że święto i światło do siebie pasują nowy nie jest. Najbardziej znane, sięgające połowy II tysiąclecia p.n.e. i obchodzone rokrocznie we wrześniu co najmniej do V w. n.e.  misteria eleuzyjskie zmieniały biorących w nich udział, otwierały im oczy, prowadziły do zobaczenia czegoś. Wtajemniczanego adepta doprowadzano w kolejnych rytuałach do najwyższego stopnia wtajemniczenia, którym była epopteia – zobaczenie, kontemplacja. Adept misteriów zmieniał się z mysta z zawiązanymi oczami w epoptę, czyli widza, tego, który widzi „jak jest naprawdę”. Misteria w Eleusis ku czci Demetr były ciemne i ciemne pozostają dla badaczy, gubią się oni i kłócą o przebieg i sens misteryjnego wtajemniczania. Nie wiemy co było ich największą, w ciszy pokazywaną, niewypowiadalną w żadnym języku (ἄρρητος) tajemnicą. Mówią często, że był to po prostu kłos zboża,

Nie dogadamy się dziś kim był i kim jest Wałęsa

Zostawmy to kiedy dzieją się rzeczy nie do wyobrażenia. 29 września 2023 Lech Wałęsa skończył osiemdziesiąt lat. Elektryk z uprawnieniami, który kilka razy bez żadnych uprawnień podpisał coś w imieniu większości.  Nieoczywisty dla historii Europy po roku 1945 splot pisma i ducha, splot przeniesiony nie wiadomo w jaki sposób wprost z biblijnego kontekstu wywrócił zimnowojenny porządek świata.  Za chwilę od naszych postawionych na kartach do głosowania znaczków znów zależeć może więcej, niż przychodzi nam do głowy. Ot, żarcik losu.  Osoba biorąca udział w konferencji prasowej Wałęsy w Londynie w 1991 potwierdza, że Wałęsa powiedział tam dwie rzeczy, z których tylko żart o szukaniu żony w zbyt obszernym królewskim łóżku podchwyciła i nagłośniła angielska prasa. Druga uwaga Wałęsy pytanego o wrażenia z pobytu w Windsorze była trzeźwą przestrogą praktyka przed pożarem, który przy takim stanie instalacji elektrycznej w zamku musi wybuchnąć. Ta impertynencja robotnika z kontynentu została pominięta.  W listopadzie 1992 ogień roku strawił ponad sto pomieszczeń w północno-wschodnim skrzydle Windsoru. Skala zniszczeń była taka, że dla zebrania funduszy na odbudowę królowa udostępniła zwiedzającym część Pałacu Buckingham. 

Gdynia, Gdynia, Gdynia (FPFF 48) a nasze wygrały w Łodzi

W Atlasie Sztuki nie wyświetlamy filmów fabularnych. Nawet jeśli wiadomo (jeszcze przed premierą), że może to być dzieło, które zostawi w kulturze wyraźny ślad. W Atlasie Sztuki często pokazywaliśmy filmy dokumentalne. Filmy fabularne „wyświetla się i rozgrywa” na festiwalach. Dopóki trzymamy się reguł przyjętych przez taką czy inną branżę, wszystko jest na swoim miejscu. W Gdyni rozwinięto czerwony dywan, przyjechały gwiazdy i znane w branży postacie, ukazały się medialne relacje podgrzewające atmosferę rywalizacji o nagrodę Złotych Lwów. Wszyscy w takiej sytuacji wiedzą co i kiedy mają robić. Kto ma się uśmiechać, kto nie wchodzić w kadr pracującym ekipom, kto ma się z niesmakiem dystansować, a kto i jak długo z autentycznym ożywieniem perorować w czasie wywiadu o szansach dla polskiego filmu. W sztuce, przy jej tworzeniu czy jej odbieraniu, wystarczy niewiele, ot zapatrzeć się nie w porę, zaczytać w zostawionej przez kogoś książce, zaciągnąć niezdrowym dymem, pomylić numer autobusu by po chwili mocować się z poczuciem, że nie jesteśmy na swoim miejscu, że wszystko nie jest na swoim miejscu. Festiwale to środowisko jak najbardziej naturalne dla takich odczuć. To nic groźnego, przechodzi po chwili, bez powikłań. Pozostawia niewyraźne podejrzenie, że gmatwanie prostych spraw jest do czegoś nam potrzebne. Znikąd zjawiają się zupełnie nieprzydatne na co dzień frazy jak „naoczność sensu”. Od takiej naoczności tylko mały krok do takich dziwactw jak fenomenologia, czy demontowana przez nią metafizyka. Nie mają one nic wspólnego z profesjonalną branżą filmową. Nic, oprócz „naoczności sensu”. Ciągle przytrafiające się w języku mieszanie funkcji projektora filmowego i laterna magica to jeden ze skutków tej archaicznej, bezpośredniej naoczności. Filmowcy rzadko zaczytują się w propozycjach Husserla sprzed stu lat by poddać całą europejską, mocno już wtedy nieświeżą metafizykę „umysłowej destrukcji” (gedankliche Destruktion). By zdemontować, rozebrać do cna (Abbau) wszytko co nas otacza. By to, czego doświadczamy sprowadzić do poziomu naoczności

Przy stanie 23:23 asa zaserwował Kochanowski

Rzeczy rozstrzygające dzieją się szybko, nawet jeśli patrzącym z boku wydaje się, że trwa to w nieskończoność. Jak w malignie, jak w jednym spazmie. Dzieją się nie wiadomo jak, zawsze. To warto zobaczyć, to dodaje sił, ale jak to opisać nie bawiąc się w relację „na żywo”? Siatkówka jest wielka! Dzięki sztywnym, skomplikowanym zasadom siatkówka na pewnym poziomie bezczelnie zaczepia literaturę. Kłopot w tym, że literatura też powinna być na pewnym poziomie. Wielka. Szukając skutecznego przyjęcia takiej atomowej rozgrywki spróbujmy w usta Leona włożyć krótką pomeczową wypowiedź na gorąco. Leon (patrząc prosto w mikrofon): „Zaprawdę w ciałach naszych światłość jakaś wielka Balsamująca ciało – formy żywicielka, Uwiecznica… promienie swe dawała złote(…)” Trzymająca mikrofon: „Dziękuję za wypowiedź.” Można mniej osobiście, nie z perspektywy przyjmującego Leona, tylko z trybun w trzecim secie. Byłoby mniej więcej tak: „Reketierzy i bottsztaplerzy. Aks na dwa na traks, aks z ręki. Raz a raz plus raz to razym trzy, a raz naprzód. Duo bon na raz, to plus puszczalna trajda, idem niej.”  Krótka piłka, jak mówią. Niby dzień jak co dzień, ale włóżmy sobie na nos okulary w kolorze, w jakim wielki poeta chadzał na sojowe latte. Damy radę, wygramy.  Juliusz Słowacki (w siatkę grał podobno słabo): „A jednak ja nie wątpię, bo się pora zbliża…” A to było tak: „Zakończenie seta okazało się bardzo długie i pełne niezwykłych emocji. Przy stanie 23:23 asa zaserwował Kochanowski i to nasi siatkarze byli w lepszej sytuacji. W ataku świetnie grał Śliwka, a w obronie Semeniuk. Co chwila mieliśmy kolejnego setbola, ale nie zdołaliśmy żadnego wykorzystać. Dogodne szanse na zakończenie sprawy stworzyli sobie także Serbowie. Po wymianie na atomowe serwisy i morderczej, niesamowitej walce wygraliśmy 36:34. Ostatni punkt w secie zdobył blokiem Semeniuk. To był najdłuższy set na tych mistrzostwach Europy!” A teraz napiszmy TO jeszcze raz: nic się

Trzeba odpoczywać.

Jak często się da, trzeba robić przerwy w oglądaniu nad podziw wyrazistych, wielkoformatowych twarzy i postaci krajowej sceny. Zostaną z nami co najmniej do połowy października. A przy pewnym stopniu znużenia i poirytowania większość z nas myśli i decyduje jednak ciut gorzej.  Dlatego ważne są przerwy, w których można się oderwać od tego, co blisko.  Jest okazja, żeby oderwać się w kosmicznym wymiarze. Indie wylądowały na Księżycu. Nie całe, póki co, chociaż mina indyjskiego premiera zapowiada wiele. Każda silna, skuteczna władza w XXI w pewnym stopniu opiera się na rakietach (niekoniecznie uzbrojonych). Nic nie zapowiada, że będzie można sprawować władzę opartą tylko na programach i technologiach pomagających wyrównywać różnice społeczne, promować zachowania prozdrowotne, wspierać kulturę i ekologię. Potrzebne będą każdej władzy spektakularne manifestacje siły i granic własnego działania. A raczej ciągłego takich granic przekraczania i przesuwania. To jest spektakl na miarę przysłowiowych igrzysk, bez których samo dostarczanie chleba żadnej władzy zbytnio nie umocni. Twarz indyjskiego premiera wpatrującego się w rakietę to miłe urozmaicenie.  Fala patriotycznego entuzjazmu w ponad miliardowym kraju to coś, co trzeba obserwować.   Tego rodzaju księżycowe epizody, niby oderwane od rzeczywistości, kreują nieformalne rankingi globalnego wyścigu „naprzód, do przodu!”. Już niedługo i my będziemy fetowali obecność Polaka w kosmosie, choć akurat tu wydaje się, że spokojna, nieśpieszna lektura Kosmosu Gombrowicza w programie szkolnym dałaby Naszemu Narodowi o wiele więcej. Niestety, to znacznie bardziej skomplikowane niż lot na stację orbitalną. Najciekawiej robi się, gdy uwolnimy się od kontekstu politycznej rywalizacji. Indie mogą przejść głęboką transformację, pewnie zajmie to więcej niż jeden marny wiek, ale kto wie.  Tylko co to miałoby znaczyć? Znaczyć dosłownie. Ci, którzy potrafią wylądować na Księżycu i przesłać stamtąd obrazy zwykle ignorują takie problemy jak znaczenie koloru szafranu, czy odcienia zieleni na narodowej fladze. Zwyczajnie nie mają na to czasu. Co innego politycy: ci, podskakując

Gra o wszystko

Tempo pojawiania się kolejnych komentarzy, artykułów, reklam odnoszących się do jednego epizodu z podobno nudnego meczu piłki nożnej jest godne uwagi. Najwyraźniej kultura, w jakiej żyjemy, jest dobrze skonfigurowana, czuła, szybko reagująca na okazje pozwalające na zwrócenie uwagi na własne produkty. To dobrze, jest to argument (argumentum ad populum, jak to na stadionie) świadczący, że żyjemy w zachodniej rzeczywistości, w skomplikowanych, długich łańcuchach symbolicznych znaczeń, w większości nastawionych na zysk, na pragmatyczną racjonalność. Łatwiej będzie nam poradzić sobie z próbami straszenia, że wszyscy możemy znów trafić w sam środek dantejskiego pejzażu, „w pół drogi” między Zachodem i Wschodem, raz jeszcze wylądować w środkowoeuropejskim bagnie, w którym ani się człowiek obejrzy a już stulecie minęło.  Uczmy się od lepszych, skoro drobny boiskowy gest staje się okazją do mówienia „o swoim”, zróbmy tak i my. Naszym produktem będzie Filozofia form symbolicznych (np. w świetnym tłumaczeniu Przemysława Parszutowicza). A nawet jakakolwiek lektura z tych napisanych przez Ernsta Cassirera o symbolach.  Zanim jeszcze nasi chłopcy zmierzą się w kolejnym meczu o wszystko z Albanią proszę w Cassirera kliknąć, chwilę mu poświęcić.   Gdyby nastąpił cud i kilkanaście procent ciężko pracujących Rodaków choćby „po łebkach”, zamiast reklam przed meczem, zapoznała się z uwagami Cassirera o dziwnych funkcjach symboli, żadne kolejne wybory nie musiałyby być – jak mecze kadry piłkarskiej – „o wszystko”. Obecność cudu jest niezbędna, bo ani szkoła, ani uczelnie, pochłonięte niemal jak piłkarze bezpardonową rywalizacja, nie mają czasu na takie bezeceństwa. Cuda, na szczęście, się zdarzają nawet „w Polsce, czyli nigdzie”.

Film to świetny. Film to straszny.

Przed słonecznym weekendem, w piątek 8 września na zakończenie programu TVP postanowiła przypomnieć Kanał A. Wajdy.  Który z czynników zdecydował o emisji, można się tylko domyślać. Z jakiegoś marketingowego powodu stratedzy zjednoczonej Prawicy postanowili przekonać większość obywateli, że w 2023 wojna z Niemcami trwa nadal. Za chwilę, czy nam się to podoba, czy nie, weźmiemy udział w decydującej bitwie.   Druga, smutniejsza część filmu wlecze się w upiornym, cuchnącym labiryncie pod miastem. Bohaterowie szukają drogowskazu, wskazówki, napisu, hasła prowadzącego ku życiu. W filmie napisy są dwa: Wilcza i Kocham Jacka. Ten drugi zrobiła pewnie filmowa łączniczka Stokrotka ciągnąca przez ekran rannego podchorążego Koraba. Gdyby Wajda nie nasączył miłosnym sentymentem fetoru historii, wówczas zapewne sukces w Cannes w 1957 roku byłby mniejszy. Historia bez miłości jest zbyt mulista, historia gdzieś ze wschodu jest zwykle straszna w smaku.  Filmowe sztuczki Wajdy w 1956 musiały mocno wkurzać podporucznika AK, powstańca Władysława Bartoszewskiego, który w recenzji („«Kanał». Czy film o Powstaniu Warszawskim?”, „Stolica”, 1957, nr 23) zarzucał Wajdzie, że postacie są zupełnie nierealne, a żaden dowódca Powstania nie podejmowałby takich decyzji jak dowódca filmowy. Film, nawet historyczny, nie jest rekonstrukcją prawdy. Film jest zawsze projekcją światła świecącego teraz, do „teraz” prowadzącego. Jeśli nie musicie nie oglądajcie Kanału. To film wybitny, ale oglądanie go łatwe nie jest. Dla śmigających po sieci to film archaiczny (w Cannes w 1957 spotkał się z Siódmą pieczęcią Bergmana, obydwa ex aequo dostały Srebrną Palmę). Krata, pod którą Stokrotka mówi Korabowi, żeby nie otwierał oczu, bo słońce go oślepi jest ósmą pieczęcią. Lepiej o niej zapomnieć, niech tkwi na swoim miejscu jeśli nie chcemy oślepnąć. Po 1945 roku wyprodukowano w Polsce około dwudziestu filmów odnoszących się do Powstania. Kanał pozostaje najbardziej znanym, może najbardziej bałamutnym, mieszającym dantejskie pejzaże pamięci z kanalizacją.  Najbardziej wkurzające jest to, że tej jesieni grupka anonimowych,

Tyle się dzieje w te wakacje!

Nie narzekamy na brak niusów. Nieoczywistym, a wartym rozważenia kierunkiem krótkiego wyjazdu może być Płock. Pomijając zachwycające, prawie romańskie drzwi do kolegiaty i podobno jeszcze starszą rzekę, po cichu podgryzającą wysoką skarpę, dobrym powodem wycieczki może być niewielka wystawa Okres przejściowy między poduszką a nożem.  Tytuł zdradzający dużą zręczność w układaniu znaczeń i liter z powodzeniem będzie mógł posłużyć pokoleniom politologów dla trafnego nazwania tego lata 2023, w historii gdzieś pomiędzy Starym Państwem a Średnim Państwem, niby nad Wisłą, a zarazem w zaświatowej nierealności wprost ze starożytnego Egiptu.  Nawet gdy wydaje się Wam, że u nas zaraz po Starym Państwie od razu będzie Nowe Państwo, na wystawę pójdźcie.  Wisi w malutkiej galerii, będącej zakamarkiem większej galerii, osadzonej jako instytucja kultury w budynku dawnej rytualnej mykwy. Zaskakująco często zdarzają się tam wystawy zmywające z głowy warstwy stereotypów i silnych przekonań „jak na pewno jest”. Może to duch miejsca?  A wystawa młodej artystki z Chorzowa, kiedy tylko zainwestujecie chwilę na uważne omiecenie wzrokiem precyzyjnie ciętych i jeszcze ostrzej formułowanych znaczeń, może się okazać małą „rewolucją  kopernikańską”. Pora na zmiany, a Kopernik jak pamiętamy (chyba ze szkoły?) też była Kobietą.

Czytanie zdań z „Listów św. Pawła”

wymaga albo nastroju jak z końcowych scen Odlotu (Taking Off) Miloša Formana, albo analitycznych zdolności interpretujących komunikaty RPP RP. Mimo to warto ćwiczyć. Najbardziej tajemnicze jest stałe (od tysięcy lat, niezależnie od skali aktualnej wojny) przekonanie, że to, co najważniejsze albo da się spisać, podpisać i zapieczętować, albo – paradoksalnie – rozlewa się i płynie szybciej niż atramentowy kleks, czy ludzka krew.  W sumie wszystko jedno, byle by było w końcu hiper. „W archikatedrze warszawskiej odbyło się polsko-ukraińskie nabożeństwo w rocznicę rzezi wołyńskiej.” W wakacyjnym klimacie, w szortach, klapkach, korkach, kwiatach we włosach, można by taką ceremonię skwitować w krótkich słowach. Tym razem nie warto (https://wpolityce.pl/kosciol/653673-oredzie-kosciolow-w-80-rocznice-rzezi-wolynskiej-sprawdz). Nawet gdy komuś zupełnie nie po drodze z tak awangardowo ubierającymi się starszymi panami, jeśli nie planuje szybkiej i dalekiej przeprowadzki powinien rzucić okiem na podpisane w warszawskiej archikatedrze wspólne Orędzie Kościołów w 80. rocznicę rzezi wołyńskiej. Dokumenty kościelne mają swoja specyfikę. Ten w wielu miejscach odwołuje się do Jana Pawła, do wcześniejszych dokumentów, ale tylko w jednym (powtórzonym w tytule) do wersu z Listu do Rzymian. Zdanie napisane po grecku przez gorliwego Żyda, z zawodu oskarżyciela publicznego, zdanie napisane dwa tysiące lat temu ma teraz w warunkach wojny coś zabezpieczać, sugerować kierunek działań? Religijne szaleństwo? Być może, w końcu to wewnętrzne porozumienie między odłamami katolików, a gdzie ortodoksi, gdzie cała w nic już nie wierząca, zmęczona reszta?  Mimo to zanim pojawią się nowe komunikaty z frontu, zanim jesienią zaleje nas fala sporów o eksport plonów, zanim dziarscy i bezkompromisowi ideowcy każdej z nacji upomną się o swoje, zanim będziemy musieli nauczyć się rozmawiać o niczym z tymi, którzy wrócili z okopów i nie bardzo wiedzą jaki jest teraz rok, warto to orędzie przeczytać.  Nie ma w nim niczego nieostrożnego, hierarchowie mają do perfekcji opanowaną technikę unikania takich słów. Jest tytułowe odwołanie do dziwnego

Łańcuchy pokarmowe w Zamku Ujazdowskim

Podobno ekologiczny rozsądek (szczególnie na Wschodzie) podpowiada by bardzo długo, w milczeniu przyglądać się jak dookoła nas przyroda sobie świetnie radzi.  Jak cykl pór roku niezmienny niemal niczym koniunktura w ekonomii po ojcowsku, z surową troską przypomina różnym istotkom, że trzeba sobie radzić, trzeba się spieszyć, trzeba polować na okazję. Zapolujmy na globalny rozgłos stołecznej wystawy w Zamku Ujazdowskim. W tradycji Zachodu ta, wprost z własnej obserwacji płynąca mądrość, wcześnie, już w cyklu archaicznych „mitów o sukcesji” (jak nazywa to Martin L. West) osadziła się w „bajkowej” mitologii. Wystawę zrobił artysta z Melbourne, wystawa zdenerwowała ambasadę Chin, a zainteresowała ambasadę Australii. O czym jest wystawa? Nie ma rady, trzeba wrócić do mitu, zgodnie z którym najpotężniejszy z Tytanów, najmłodszy syn Gai i Uranosa – Kronos – najpierw kastruje ojca Uranosa (Hezjod tak sprawę przedstawia: „Kronos przemyślny, / wielki, tymi słowami przemówił do matki czcigodnej: Matko, to ja to dzieło – skorom obiecał – wykonam, nie dbam bowiem o ojca, którego mam w nienawiści, choć jest nasz – on pierwszy niegodne sprawy wymyślił” Teogonia, 167-172″), potem szybko okazał się tyranem o wiele gorszym od Uranosa, w końcu oszukany przez najbliższych musiał zwrócić (vomitio, vomere, to odruch napędzający każdą dłuższą koniunkturę) to co spośród tychże najbliższych zżarł. Porządek wypluwania odwrotny do ładu połykania wywrócił na nice cały rodzinny ład. „(… w hymnie do Afrodyty wprost mówi się o tym, że Hestia była najstarszym dzieckiem Kronosa, a mimo to, z woli Zeusa, stała się najmłodsza z całego potomstwa. Z kolei Zeus, urodzony najpóźniej, stał się najstarszy, a w każdym razie w Iliadzie powiada się, że jest on starszy od Posejdona.”(Martin L. West, op. cit., s. 395).  Dawno temu (dwieście lat co najmniej), z jakichś urojonych powodów stary, głuchy Goya na ścianie własnej jadalni namalował Saturna pożerającego dzieci. Obraz bardzo długo zostający w pamięci, w

Na starych obrazach namalowano większość sytuacji, z jakimi spotykamy się w życiu

Obrazy złe, obrazy niosące złe emocje oglądamy chętniej. Nie potrafimy ich nie oglądać, po to mamy wiązkę instynktów by nasz organizm potrafił się czasem ochronić niezależnie od nabitej myślami głowy. Jeśli dostrzegamy oznaki niebezpieczeństwa, będziemy w tę stronę bacznie zerkali. Korzysta z tego od zawsze polityka, marketing, korzysta każdy kto zabiega o cudzą uwagę.  Warto pamiętać, że takie obrazy oglądamy w recesji, i nie chodzi o stan gospodarczej koniunktury. Chodzi o sposób działania takich obrazów, wymuszają one recessio – mimowolne, instynktowne „cofanie się „. Niby manewr jak każdy inny, skoro mamy zagwarantowaną swobodę poruszania.  Kłopot w tym, że w czasie cofania się oczy mamy utkwione w jakimś frapująco strasznym obrazku. Widać na nich, jak na dłoni, że blisko, bliżej niż zakładamy, za naszymi plecami krok w krok postępują monstra stokroć groźniejsze od tych, na które się gapimy. W poniedziałek 11 lipca zacznie się szczyt NATO w Wilnie. Ktoś powinien zawieźć tam lwowskiego misia z drugiego albo trzeciego piętra bloku. Czy ktoś chce żyć w cyrku, którego główną atrakcją ma być tresura niedźwiadków oparta na strachu? Welcome to Russia. Podobno skuteczność systemu Patriot w przypadku rakiet to około 70%, zasięg to 100-160 km. Odległość z Lwowa do Rzeszowa drogą asfaltowaną wynosi 170 km.

Nie było trudno przekonać Beyoncé, że Atlas Sztuki to Fundacja naprawdę zajmująca się sztuką

a „Ziemię Obiecaną” Reymonta przepisujemy nie dlatego, że (jak chce profesor Krzysztof Pomian) ogarnęło nas „szaleństwo katalogowania” ludzi według ich charakteru (pisma). Choć „po prawdzie” taka namiętność nie opuszcza Europę do dziś. Nadal w popularnym przekonaniu historia sztuki zajmuje się odróżnianiem gotyku od renesansu, renesansu od manieryzmu, manieryzmu od baroku, baroku od klasycyzmu. Kompletnie inne znaczenie i zakres chronologiczny mają te same style w historii muzyki. Jeszcze inaczej jest w historii literatury. Kultura europejska to misterna koronka powycinana w nakładających się na siebie kategoriach, porządkach, katalogach zdarzeń. Radykalny minimalizm modernizmu (less is more) wytępił większość gatunkowych nazw styli wykonawczych. Dawno, dawno temu, w połowie XVIII wieku, w czasach Johanna Joachima Winckelmanna popularne stało się przekonanie, że Kunstgeschichte ist Stilgeschichte (historia sztuki to historia stylu). Styloznawstwo, przymus zaliczania wszystkiego co się widzi do jakiegoś stylu był europejską modą, rozrywką elit. Nie ma powodu by w latach dwudziestych XXI wieku nadal posługiwać się na zmianę modernizmem i postmodernizmem. Życie w ubogich ekosystemach jest trudne. W wielu zwracających na siebie uwagę wydarzeniach kultury masowej z łatwością można rozpoznać cechy przypisywane dawnym historycznym stylom. Uff, zaufanie wróciło. Barok zaczął z przytupem. Barok zafascynowany ogromnymi kontrastami, wielką skalą, teatralnym patosem, rozwibrowanymi emocjami jest naturalnym odniesieniem dla wielu najgłośniejszych wydarzeń w muzyce pop. Barok w historii muzyki to okres dysponujący magnetyczną siłą działania na słuchacza.  • od lewej: Antoine Coysevox, „Sława” („Fame”) na Pegazie; 1698–1702, wysokość: 3.15 m, Luwr. Resztę można łatwo wyklikać.

Metafora palca jest bardziej interesująca. Palec jest doskonałym markerem antropomorfizacji.

Palec traktowany jest jako symbol Ducha Świętego. Abstrakcyjna i niezrozumiała moc zawarta jest w małej, słabej części ludzkiego ciała (zob. Ambroży, Expositio evangelii secundum Lucam, VII, 93 Komentarz do Ewangelii według Łukasza). Metafora „Księgi Świata” (liber mundi) jest powszechnie znana. Wyobraźnia scholastyczna spopularyzowała to porównanie. W XII wieku Hugon z Saint-Victor napisał: „Universum enim mundus iste sensibilis quasi quidam libre est scriptus digito Dei, hoc est virtute divina creatus, et singulae creaturae quasi figurae”. (Didascalion de studio legendii 7.4; PL 176) Cały ten zmysłowy świat jest jak pewna księga napisana palcem Bożym, to znaczy stworzona Bożą mocą, a poszczególne stworzenia są w niej figurami”. W tym samym stuleciu Nizami Gandżawi (نظامی گنجوی) rozpoczyna Eskandar-Nâmeh (Romans Aleksandra Wielkiego) wersetem: „Twoje pióro to mądrość, twoja księga to świat”. Boga poznajemy po tym, że ma wszystko na wyciągnięcie ręki. A jednocześnie nasze palce są bardzo „duchowe”. Wystarczy palec, aby uruchomić potężną kratofanię (spójrzmy jeszcze raz na ilustrację Williama Blake’a). Nawet mały palec może działać niesamowicie. Sacrum jest bardzo zmysłowe. Vesper Lynd: „Gdyby jedyną rzeczą, która z ciebie została, był twój uśmiech i mały palec, nadal byłbyś bardziej męski niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek znałem”. James Bond: „To dlatego, że wiesz, co mogę zrobić z moim małym palcem”.

26 czerwca 1961 zmarł w Gwatemali „chuligan wolności” Andrzej Bobkowski 

Warto o tej postaci pamiętać. Czytając w Szkicach piórkiem relację o upadku Francji latem 1940 z perspektywy cyklisty o wiele łatwiej uwolnić się od patriotyczno-sztampowej oceny wielu dziwnych postaci, jakie zamiast „bronić swojej ojczyzny”, walczyć, snują się dziś po Europie. Bobkowski, syn generała, do armii polskiej we Francji zgłosił się jako jeden z pierwszych. Nie został przyjęty. Znaczenie twórczości literackiej tego ekonomisty, gwatemalskiego modelarza, człowieka starającego się desperacko zachować niezależność od okoliczności dla kultury polskiej jest porównywalne ze znaczeniem Gombrowicza.  Poglądy miał proste: „Człowiek wolny, intelektualista, pisarz i poeta naprawdę wolny, który chce być wolny, będzie do końca tego świata miał coś z chuligana”.  Pod koniec lat pięćdziesiątych na prośbę Redaktora Giedroycia spisał Bobkowski lekko żartobliwy życiorys w trzeciej osobie. Epizod związany z pobytem we Francji przed wkroczeniem Niemców brzmi tak: „Oczekując na powołanie do wojska i nie chcąc korzystać z pomocy społecznej, utrzymuje się z prania bielizny, założywszy polską pralnię dla uchodźców pod firmą „Monsieur Sans-Gêne, Chlorcio i Spółka”, w której obok obficie używanego chlorku, czyli żawelu, był jedynym pracownikiem (…) Nie mogąc dalej kontynuować swego interesującego zajęcia praczki, wstąpił do francuskiej fabryki amunicji”. Ktoś, kto zakłada pralnię pod szyldem Duch Święty. Chlorcio i spółka i pracuje w niej jako jedyna praczka (no, chyba że robi się naprawdę zimno: „Wskutek tych mrozów musiałem przerwać od 10-go b.m. moją pralnię, bo mi stawy w palcach i w łokciach tak zaczęły puchnąć i boleć, że nie mogłem pracować. Bardzo mnie to przygnębiło, ale co robić. Jak się tylko możliwie się zrobi i choć trochę cieplej, to zacznę na nowo, tym bardziej, że klientela stale się dopytuje natarczywie o zdrowie „tej pańskiej praczki”. Ja tymczasem obkładam się trochę nieśmiertelną naszą rodzinną antiflogestyną i kuruję „tę moją praczkę”. Te mrozy dochodzące do minus szesnastu stopni przetrwaliśmy w naszym gołębniku zupełnie dobrze pomimo braku

Wycinanka jest powszechna

Zdumiewające, że w świecie w całości ponoć utkanym z pikseli, rastrów, bitów i w kraju tak ceniącym kulturę ludową dopiero teraz, w czerwcu 2023-go otworzono Muzeum Wycinanki. Współczesność to jedna wielka wycinanka, kolaż szaleńca z nożycami do strzyżenia ludzi w ręku.  Muzeum powstało w miejscu Królewskiej Fabryki Papiery założonej w 1755 roku w Konstancinie nad rzeczką Jeziorką. Przeskalowana ludowa wycinanka pokrywająca polski pawilon na Expo w Szanghaju w roku 2010 spodobała się na świecie (https://www.bryla.pl/bryla1,85301,7561313,Polski_Pawilon_na_EXPO_robi_furore.html). Mimo tego, dopiero trzynaście lat później doczekaliśmy się placówki gromadzącej tradycyjne wycinanki. Uzbierało się ponad dwadzieścia metrów teczek z wycinankami w archiwum. Miejsce znalazło się w świetnie odrestaurowanym (https://www.modernizacjaroku.org.pl/pl/edition/3413/object/3883/muzeum-wycinanki-dawny-zabytkowy-dom-ludowy-na-os-mirkow-w-konstancin) budynku dawnego Domu Ludowego (i ochronki) dla pracowników papierni zaprojektowanym w 1908 przez Stefana Szyllera. Wycinanka jest zaraźliwa, patrzymy na neogotyckie gzymsy a widzimy ząbkowania z ponacinanej kartki. Zaskakująco mało wiemy o początkach tej tradycji. Najpierw musiał być papier, by pojawił się być może inspirowany kulturą żydowską (w której wszystko co styka się z literą nabiera znaczenia mistycznego) zwyczaj dekorowania domu przy pomocy wycinanki. Podobno ostatni dobry do wycinanek papier pochodzi z lat sześćdziesiątych XX wieku, z zamówienia ówczesnego Ministerstwa Kultury dla twórców ludowych.  W kulturze nadmiaru wycinanie powinno być praktyką powszechną, umiejętnością ćwiczoną od najmłodszych lat. Nawet gdy w dorosłym życiu ktoś się nie powiedzie i zajmie się na przykład polityką, sprawne wycinanie (w narodowym stylu) może się przydać, już na wakacjach. Niby wakacje, żadnej szkoły, a tu przez całe lato i początek jesieni trzeba będzie intensywnie edukować się „w temacie” krajów muzułmańskich, kierunków migracji z takich krajów, oby nie „w debacie” na temat odbudowywania kalifatów, gdzieś daleko na południu Pirenejów. Czemu nie, ale dlaczego wszystko to na poziomie gumna? Dlaczego w tak prymitywny sposób, przypominający staropolski oklep cepem? Jeśli realna polityka musi być demagogiczna, niech będzie, ale dem-agogos, prowadzący lud chyba nie musi wcale

Zupa z odrobiną pasty do zębów

Tina Turner „zaczytywała” książki Edgara Allana Poe. Gombrowicz nie znosił Balzaka. W roku 1958 pisał: „Nie znoszę jego Komedii ludzkiej. Pomyśleć, jak łatwo najlepsza zupa ulega zepsuciu gdy dodać do niej łyżeczkę starego tłuszczu lub odrobinę pasty do zębów. (…) Łatwiej znienawidzić kogoś za dłubanie w nosie, niż pokochać za stworzenie symfonii. Albowiem drobiazg jest charakterystyczny i określa osobę w jej codziennym wymiarze.” (Dzienniki, Niedziela, 1958). Gombrowicza czytamy. I co teraz, jak mieszać te przypadkowe i często przeterminowane składniki w naszym 5inKotle? W prawo mieszać, czy raczej do lewej, żeby odwlec przynajmniej moment kiedy ujawni się, że to, co przygotowano może figurować w karcie (czy raczej na panelu: order & collect) jako komedia ludzka? Taki los trwałych przedsięwzięć, fundacji, instytucji, a zwłaszcza „instytucji kultury”. Ich zamiarem i celem jest zawsze krzątanie się w celu sprokurowania symfonii (symphonia Mundi), a z czasem okazują się zlepkiem małości i zjełczałych drobiazgów. Jeśli będziemy pożywności dodawać do tej książkowej pulpy postaramy się o tłuszcz dobrej jakości, wieloletni, wysezonowany. Wydaje się to coraz bardziej znaczące. Bo co się stanie, jeśli zaczniemy czytanie opisywać jako proces, w wyniku którego powstają zanieczyszczenia i odpady? W wielu dystopiach książki są czymś zabronionym i niszczonym jako niebezpieczne (na przykład powieść Raya Bradbury Fahrenheit 451). Czytanie oraz ślad węglowy to chyba dostatecznie aktualny temat. Atlas Sztuki oczywiście i w tej dziedzinę również wykonuje szereg badań. W pomieszczeniu w jakim znajduje się czytelnik i książka nie zachodzą żadne nieoczekiwane zmiany parametrów jakie potrafimy rejestrować. Jesteśmy w stanie zarejestrować zmianę wskaźników, które uznaje się za związane z neuronalnymi korelatami świadomości {neural correlates of consciousness (NCC) takich jak: aktywność elektryczna i zużycie tlenu przez obszary mózgu}, być może aktywność hormonalną. I tyle. Wygląda na to, że podobnie jak w przypadku mikroświata to, co wiemy o czytaniu w większej mierze jest efektem modeli dedukcyjnych,

Najwyższa pora zacząć trochę bardziej interesować się tym co dzieje się poza Europą

28 maja rozstrzygnęły się wybory „o wszystko”, wybory prezydenckie w Turcji. Stopień polaryzacji poglądów był w Turcji bardzo podobny do tego u nas. Poziom emocji, ilość inwektyw używanych zamiast argumentów też. Bajka o zasadniczym wyborze między patriotycznym konserwatyzmie i kosmopolitycznym lewactwie podobna. Zaangażowanie aparatu państwa po jednej ze stron też.  Turcy wybrali.  Co jest ważne w tym wszystkim dla nas? Uświadomienie sobie, że wyliczone wyborcze „atrakcje” jakie nas czekają tego lata są czymś powtarzalnym, czymś wydarzającym się w pozornie zupełnie różnych kulturach. Ćwiczmy hasło popularne w pierwszej turze tureckich wyborów: „Wszyscy jesteśmy Turkami”. Może się nam przydać.  Choć niewykluczone, że koniec końców okazać się może, że „Wszyscy jesteśmy Turczynkami”. „Nursema nasıl oy verirdi? – Jak zagłosowałaby Nursema?” To najpopularniesze pytanie ostatniego etapu kampanii wyborczej, nawiązujące do bohaterki serialu „Kizilcik Serbeti”.  Wybór płci jako wybór polityczny to też nowy standard w polityce XXI wieku. Zabawne, że dzieje się to w tym samym miejscu, w którym jeszcze przed neolitem, kilkanaście tysięcy lat temu zaczęła się powolna, ogromna zmiana wyobrażeń odnoszących się do płci. Starsze, paleolityczne kobiece idole o szerokich biodrach ustąpiły pola bohaterskim, szalonym męskim wojownikom. Tym, którzy nadal, przy każdej elekcji (erekcji?) prowadzą do boju, do końca, szarżują na cały wrogi świat.   Rysunek satyryczny z tekstem: „Wszyscy jesteśmy Turkami”; Katarzyna Kozyra, „Więzy krwi”, 1995; Postać kobiety Gobekli Tepe, warstwa II, 7500-6000 lat przed naszą erą;  Wojownicy, m.in. na reliefie z Sayburc, z VII(?) tysiąclecia p.n.e., ściskający członek w garści, atakowany przez dwa lamparty. Podobno najstarsza znana scena z narracją, długi serial.

Kto potrafi odróżnić grzyb atomowy dobrej jakości od jego taniej kopii?

Proszę pomyśleć jakie znaczenie ma fakt, czy przytrafi się nam eksplozja dobrej jakości, czy jej chińska albo koreańska podróbka. Oczywiście celność, jakość, zasięg broni z której się zabija wpływa na efektywność zabijania, ale niekoniecznie ten, z kim walczymy musi na to zwracać uwagę. Wojna w Ukrainie nie jest formą rywalizacji jaką są w stanie pojąć mieszkańcy Europy, którzy jak pisał Tuwim:  „(…) – widzą wszystko  o d d z i e l n i e: Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…” Na razie i my, i media wszystko w przebiegu wojny w Ukrainie doskonale rozumiemy. Czego tu nie rozumieć: wojna jest tylko formą presji ekonomicznej i kulturowej, prowadzoną środkami brutalniejszymi niż zazwyczaj. Wrogie przejęcie to termin doskonale znany bankowcom i biznesmenom. Technicy, inżynierowie, umysły ścisłe i precyzyjne doskonale rozumieją, że to technika wojskowa, jej ilość, jakość zdecyduje o przebiegu wojny. Ekonomiści od razu wiedzieli kto wygra, skoro saldo handlowe obydwu walczących stron jest takie, jakie jest.  Patrzymy na te wojnę jak dziewiętnastowieczni mieszczanie patrzyli na Wojnę Krymską. Wojna jest, ale w najmniejszym stopniu nie narusza reguł codzienności. Jest pod kontrolą, obserwujemy ją, dokładamy starań by się nie powiększyła. Pożary się zdarzają, ale z pewnością nie będą apokaliptyczną katastrofą globalną. Ten rodzaj zachodniego myślenia jest niedomknięty, niekonsekwentny, niespójny i może to być groźne. Traktowanie wojny jako zjawiska ekonomicznego i gospodarczego, dającego się kalkulować mimowolnie zakłada, że nadal działają rozróżnienia przy pomocy których opisujemy rzeczywistość. Dla Zachodu, szczególnie dla Zachodu drugiej połowy XX wieku takim pojęciem jest pojęcie taniej podróbki. Angielski wykształcił szczególnie bogatą frazeologię: cheap reprint, cheap imitation, cheap fake, cheap knockoff, cheap copy po bardziej personalne: total sham, bargain basement stand. To frazeologia budująca całą hierarchię Zachodu, oparta na historycznym poczuciu „wyższości” i podległości. De facto wojna jest brutalną formą ustalania nowej hierarchii. Nie ma natomiast czegoś takiego

Wydaje się wam, że wiecie coś niecoś o piciu i upojeniu?

Tylko dlatego, że czytacie po polsku, w jednym ze słowiańskich języków Wschodniej Europy albo jeszcze niedawno „zamieszkiwaliście” na Włókienniczej w Łodzi? No więc, tylko wydaje się wam.  Roberto Calasso (Zaślubiny Kadmosa z Harmonią, przeł. S. Kasprzysiak, {Le nozze di Cadmo e Armonia}) w dwóch zdaniach, tak zdawkowo jak to możliwe przypomniał co łączy całkowite zamroczenie rozumu i coś, o co warto grać: unieważnienie wyroku Losu.   „Z miłości do Admeta Apollon upił Mojry i być może było to najbardziej szalone święto, o jakim napomknienie do nas dotarło, ale o jakim nic więcej nie umiemy powiedzieć prócz tego, że się odbyło. Mojry, dziewczęta o pięknych ramionach, które przędą nić życia każdego ze śmiertelnych, pojawiają się w wyobraźni Plutarcha jako »córy Ananke«, Konieczności. A Konieczność, jak przypomina Eurypides, który »dzięki muzom się wzniósł w przestworza« i »silniejszego nic od Ananke nie znalazł«, jest jedyną potęgą, która nie ma ołtarzy, ani posągów. Ananke to jedyne bóstwo, które nie wysłuchuje próśb przedkładanych jej razem ze składaną ofiarą. Jej córki można podejść tylko posłużywszy się upojeniem. I bardzo rzadko pijaństwo okazuje się silniejsze od nich. Apollon potrafił tego dokonać, ale tylko dzięki miłości do Admeta, ponieważ pragnął odwlec jego śmierć.”   Rezygnacja z Rozumu Śmiertelnym przychodzi z trudem. Bogom – jak zwykle – dużo łatwiej. Ale i oni muszą mieć śmiertelnie dotkliwy powód.

Czy warto poświęcić na W20 całe piętro Chaplinowi?

Dobrze zestawiona, uważnie obejrzana ikonografia Chaplina zastępuje długi i nudny wykład o antropologii kulturowej XX wieku. To, czego dowiedzielibyście się pod jego koniec zobaczycie już w kadrach kończących Ballet Mécanique Legera i Murphego z roku 1924. Kukiełka Chaplina rozsypuje się (rekonfiguruje?) na fragmenty, rozsypuje się pod wpływem szalonego, mechanicznego, rozkołysanego ruchu kamery i światła, po pierwszej Wielkiej Wojnie. Dokładnie sto lat temu, w połowie lat dwudziestych zacznie się proces lepienia nowego, „stalowego” człowieka. Takiego, który się nie rozsypie, nie zawaha, wypełni każdy rozkaz. Charles Spencer Chaplin urodził się 16 kwietnia 1889 roku w Londynie.   Czego się życzy na sto trzydzieste czwarte urodziny? Z pewnością nie Legii Honorowej, jeśli już to kolejnej awantury, takiej jak ta wywołana przez młodych letrystów 29 października 1952, kiedy Chaplin w Paryżu, jak przystało na Starszego Pana osobiście odznaczenie odbierał. Takie ataki, ataki ze strony ulicy, ataki na ulicy są znakiem, że nadal ktoś działa tak jak trzeba, działa jak kij w mrowisku.  Dziś ruch podobno jest większy, korki koszmarne, zaczynamy tęsknić za jakimś, niechby nawet dyktatorem, byleby to wszystko ogarnął, uporządkował. Czy znajdziemy dyktatora lepszego od tego granego przez Chaplina? Niestety, raczej tak. Ilustracja: Spojrzenie Chaplina, spojrzenie robotnika, z grupy: Robotnik i kołchoźnica (Рабо́чий и колхо́зница) autorstwa Wiery Muchiny, 1937, rzeźba była obrazową analogią pierwszych artykułów konstytucji ZSSR z 1936 r. mówiących o „niewzruszonym sojuszu robotniczo-chłopskim”.

Sudanizacja

Sudan to starożytna kraina Kusz, z której przez stulecia pochodziło całe złoto Egiptu, to miejsce lokalizacji biblijnych kopalń króla Salomona. Chartum to około sześciu milionów ludzi w jednym mieście nad Nilem. W mieście toczą się walki, z użyciem lotnictwa. Dysponuje nim armia dowodzona przez Abd al-Fattah Abd ar-Rahman al-Burhana. Ich przeciwnik Siły Szybkiego Reagowania Mohameda Hamdan Dagalo chyba przegrywają. Chyba, bo w czasie walk w mieście niewiele wiadomo. Poza tym to daleko. Póki co nie warto uczyć się nazwisk głównych aktorów. Z nie polskiej, a bardziej zachodniej perspektywy podobnie wygląda wojna w okolicach Doniecka i Bachmutu. Inwestować czas i uwagę w odróżnianie Szojgu i Gierasimowa od Prigożina? Studiować kto jest prawdziwym generałem a kto kucharzem, czy poganiaczem wielbłądów?  Czytać kto komu wyciął jaki numer? Bez przesady, ostatnie (aktorsko marne) „dramatyczne” wystąpienie Prigożina na tle jego wagnerowców (https://twitter.com/i/status/1654397764569104384) rozbudza nadzieję.  Pięć minut ględzenia, wprost do „narodów Rosji” i nagle Federacja Rosyjska upodabnia się do Sudanu. Tu i tam walczą jacyś lokalni watażkowie, obrzucają się wyzwiskami, rywalizują o wszystko. To nie żarty, leje się krew, giną cywile. Dla walczących najwyraźniej nie są to kwestie istotne. Władza, jakieś surowce to cała pula, o którą się rywalizuje. Pod względem grubości warstw mitonośnych pustynie Sudanu nie ustępują dzikiej Syberii. Obydwa te kraje, obydwie te wojny mają coraz większą szansę upodobnić się do siebie w europejskich głowach. Zadziała klasyczny, freudowski mechanizm obronny zmniejszający frustracje i lęk.  Przeniesienie (die Übertragung) Rosji w głąb „czarnego lądu” to kolejna, jawna (choć fantazmatyczna) niesprawiedliwość białych głów. Afryka ma dość własnych plag. Przemieszczenie (Verschiebung) obrazu wojny na Ukrainie gdzieś, gdzie ludzie są „zupełnie inni” niż my (i nie krwawią na czerwono) wcześniej czy później upowszechni się w europejskiej, komfortowej perspektywie. Sudanizacja Rosji z polskiego punktu widzenia jest czymś tożsamym z nagłym urealnieniem rosyjskich baśni snujących się od dawna po Zachodzie.  Jak

Instruct GPT, GTP-3, GTP-4, GTP-n+1

Obecna wrzawa ujawniająca niewyraźną obawę przed tempem nabywania umiejętności komunikacyjnych przez kolejne algorytmy warta jest porównania do stanowienia prawa dla rzeczywistości uginającej się pod naporem technologii w połowie XIX wieku. Oczywiście zabezpieczymy się jurystycznie na wszelkie możliwe sposoby. Kancelarie i gremia układające teraz regulacje prawne dla nowej technologii będą, oczywiście dla usprawnienia pracy, korzystały z umiejętności ChatGPT. To nic złego, wręcz przeciwnie, ale pora między sobą parę słów zamienić „w temacie” wiary, że ludzkie stanowione prawo ogranicza technologię. Wizja, wyraźna, dobrze skalkulowana wizja korzyści z „szybszej” komunikacji, z szybszego, mechanicznego przetwarzania informacji, z przyspieszenia tempa akcji jest jedynym horyzontem ograniczającym.  Oczywiście zaczniemy od precyzyjnych regulacji nakazujących by przed każdym użyciem ChatGTP pojawiał się człowiek z czerwoną chorągiewką sygnalizujący taki rodzaj nowej komunikacji. Angielska ustawa znana jako Red Flag Act wprowadzona w 1865 roku została już w 1878 złagodzona, człowiek z chorągiewką poprzedzający lokomobil parowy mógł truchtać przed nim w odległości 20 jardów, wobec wcześniej obowiązujących 60-ciu. W XXI wieku pójdzie pewnie ciut szybciej, mamy podobno mniej miejsca i czasu. 

Charyzma nie przenosi się przez media. Może zostać przekazana tylko osobiście, tylko wybranym

Misterium jest nietransmitowane. Początek biblijnej tradycji namaszczania przez proroka przyszłego władcy znajdziemy w szesnastym rozdziale Księgi Samuela (1Sm 16). Kluczowe są dwa wersy: siódmy i trzynasty. W siódmym ugruntowuje się pryzmat tego co niewidzialne i niepojęte, w trzynastym taki porządek zyskuje wymiar trwałości.  Ustawiona przez gwardzistów zasłona zmieniła prezbiterium katedry w Westminster w niedostępne sancta sanctorum w chwili namaszczenia olejem przechowywanym w ampulli w kształcie orła od czasu koronacji Karola II w 1661. Jednak spektakl otrzymania sakry monarszej buduje się nie tylko z zasłaniania kulminacyjnego momentu, ale przede wszystkim z ilości młodych twarzy dookoła. Bliskowschodni rytuał namaszczania władcy nieznany w kulturze rzymskiej wrócił do Europy dość niespodziewanie podczas drugiej koronacji Pepina Krótkiego przez papieża Stefana II 6 stycznia 754 roku w bazylice Saint Denis. Dzięki temu krócej trwały wątpliwości czy władza Karolingów detronizujących Merowingów jest w pełni legalna. Na malowidle z synagogi w Dura Europos (Syria) z połowy III wieku n.e. widać przedstawiony w stylu polichromii rzymskich moment namaszczania przez proroka Samuela najmłodszego spośród synów Jessego: rudego Dawida. Widać też uniwersalną siłę niezrozumiałego rytuału, czujne spojrzenia oczu pozostałych braci.  Dziś ta symbolika jest zupełnie zatarta. Najbliższe dni upłyną pod znakiem ziewającego księcia Louisa. Trzeba iść z duchem czasów, nowy król podobno jest bardzo postępowy. Ilustracja: Ampulla na olej święty przygotowana na koronację Karola II przez Roberta Vynera,  Malowidło z synagogi w Dura Europos (muzeum w Damaszku, panel WC3), poł. III w. n.e. Twarze, młode twarze.

Władze Katowic nie chcą muralu z napisem „Konstytucja”.

Akty fundacyjne, często są śladami desperacji, znakami kryzysu. Na szczęście zdarza się, że są symptomami jego przesilenia, jego prze-zwyciężenia, zostawienia go za sobą, w martwym królestwie wiedzy historycznej, na którą patrzy tylko benjaminowski „Anioł Historii”. Byłoby fortunnie, było by cudownie gdyby korzystając z trzeciomajowej jutrzenki swobody i doskonałych warunków awiacyjnych zleciał wprost do głów uczonych niewiast i mężów zajmujących się w Rzeczpospolitej myśleniem nad rolą konstytucji duch i przyniósł jak usłużny kurier silne przekonanie, że najwyższa pora lekko zmienić bajkę i zacząć mówić o pokrewieństwie, o braterstwie, o wspólnym sensie i Konstytucji 3 Maja i Konstytucji Benderskiej, spisanej przez kozackiego hetmana Filipa Orlika w 1710. Orlik kaligrafował artykuły „Pacta et constitutiones legum libertatumque exercitus zaporoviensis” stanowiące o niezbywalnych prawach ludu ruskiego w rzeczywistości tuż po klęsce pod Połtawą. Nasza trzeciomajowa powstała w chwili, kiedy trochę za późno było o otrzeźwienie narodowe.  Nad wyraz charakterystyczne jest, że dowolny rodzaj netu poinformuje was, o angielskiej „Magna Charta Libertatum” z 1215 roku o „pierwszej spisanej” konstytucji amerykańskiej z roku 1787, przy odrobinie wytrwałości dowiecie się o konstytucji Korsyki z 1755 wymierzonej w Genueńczyków, ale nie znajdziecie zbyt wielu miejsc podkreślających, że wolnościowe, oparte na prawie stanowionym, które obowiązuje całą wspólnotę akty w Europie zjawiły się we wschodniej jej części najpierw w Benderach, potem w Warszawie. Obecny wysiłek, dziesiątki tysięcy zabitych zobowiązują do tego by skutecznie i głośno zacząć przypominać Zachodowi o jego spóźnionym tym deklaratywnie ważnym obszarze „rozwoju”. O bardzo długiej, trwającej co najmniej do epoki Bismarcka, jeśli nie do XX-wiecznych „profesjonalnych elit” (homo faber) fascynacji sprawnością „oświeconego absolutyzmu”.  U Orlika gwarantem kozackiej konstytucji miał być król szwedzki, czyli ktoś, kto właśnie zupełnie bez wyczucia wschodnich realiów i dystansów przegrał rozstrzygającą bitwę z Piotrem I i ratował się ucieczką do Turcji. Ukraina dziś podobnie jak kozacy Orlika na początku XVIII wieku bez pomocy

Ekowieżowiec w Nowym Centrum Łodzi: wizytówka, ale nie ikona. Lex deweloper po łódzku.

Dar słowa jakim obficie zroszone są portale architektoniczne zawsze cieszy, nawet bez wizualizacji. Warto zgodnie z architektonicznym odruchem przyjrzeć się konstrukcji. Śmiałe konstruowanie przyszłości to łódzka specjalność, co najmniej od epoki, kiedy miasto szło łeb w łeb z Chicago. Dziewięć tytułowych elementów, niby wyglądają jak części zdania, ale to nie jest zdanie, to tylko jego równoważnik. Zabrakło czasownika, co być może symptomatyczne. Inwestor się już raz sparzył i aż tak pewny realizacji nie jest, by od razu orzeczenie w tytule stawiać. Może woli poczekać z tym orzeczeniem, na to, co orzeknie konserwator zabytków, miasta Architekt i wielu innych z mocy prawa pilnujących naszej łódzkiej sielanki. Dla ułatwienia ich pracy przypominamy, że o wieżowcu łódzkiej telewizji lata temu Terry Gilliam (reżyser, a nasza sielanka nadal mocno jest filmowa) powiedział, że to najbrzydszy budynek świata.  Ośmieleni rozmachem wizualizacji pogrupujmy tytułowe wyrazy: trzy konkretne rzeczowniki – ekowieżowiec, wizytówka, ikona, trzy ładne słówka współbrzmiące jak plan miejscowy: Nowe Centrum Łodzi, i zostają  trzy drobne okoliczniki (dwa okoliczniki i przydawka?): w, ale nie.  Tylko proszę pamiętać o pauzie, o spacji przy czytaniu tej ostatniej trójki, bo niezręcznie wyjdzie. Pauza, spacja, oddech to coś bardzo Łodzi potrzebnego, nawet w Nowym Centrum. To coś bardzo podobnego do neonu łagodnie mrugającego ze szczytowej ściany sąsiedniej kamienicy, gdy stoi się na światłach na rogu Narutowicza i Sienkiewicza: w-dech, wy-dech. „Autorami instalacji są architekci Katarzyna Furgalińska i Łukasz Smolarczyk z pracowni Supergut Studio z Katowic.  – Przygotowywaliśmy się do tej realizacji ponad 2 lata, prowadząc rozmowy zarówno z artystami lokalnymi, jak i twórcami z różnych stron Polski. Z uwagi na fakt, że jest to pierwsza tej skali neonowa instalacja w Łodzi, zależało nam, żeby była ona w pełni przemyślana, przede wszystkim pod kątem doboru właściwej lokalizacji, a także samej treści neonu.” (https://uml.lodz.pl/aktualnosci-lodzpl/artykul-lodzpl/neonowa-instalacja-wdechwydech-w-centrum-lodzi-id26447/2019/3/7/) Jeśli ekowieżowiec uzyska orzeczenie, powstanie, trzeba będzie przenieść duży

Święto Pracy, Labour Day

Trwa ta tradycja od 1889. Skorzystajmy z, kto wie, może jednych z ostatnich obchodów bez udziału związkowych algorytmów, bez sunących w pierwszomajowym pochodzie robotów niepojmujących, dlaczego prawa pracownicze są nie dla nich.   Obchody gdzieś dalej od dawnego Bloku Wschodniego? Może Reykjavik? Szukając dobrych wzorów na chwilę majowej swobody warto spojrzeć na parę w samym środku grającej na ulicy orkiestry. Bęben i tamburyna, islandzka sekcja rytmiczna: może być ikoną Fyrsti maí – 1 maja, daleko na zimnej wulkanicznej wyspie. Kiedy wczytamy się w podpisy pod zdjęciami robi się naprawdę radośnie: Robotnicza Orkiestra Dęta wykonuje słoneczną sambę na Placu Ingólfstorgi. Słoneczna samba przyda się i w naszym umęczonym przez turbokapitalizm kraju. Drugie zdjęcie z Fyrsti maí 2022 warte jest uwagi z powodu architektonicznego tła. Podpis znów jest bardzo konkretny: Orkiestra dęta gra w rogu, na rogu Bankastræti i Lækjargatu, w tle Rada Ministrów i kancelaria premiera. Tak, tak, uwaga zadeklarowani egalitaryści, ten mały biały domek z naczółkowym dachem to siedziba premiera i rady ministrów Islandii. Cały rząd, dziesięciu ministrów i premier spokojnie mieszczą się w nim i pracują. Bez kolumn, bez attyki, bez panopliów wokół portyku. Bez ogrodzenia? Bez migających non-stop policyjnych kogutów, być może bez tajniaków, choć tego akurat na podstawie fotografii orkiestry dętej nie ustalimy. A w kontekście dawnych 1-majów bez trybuny honorowej. Niemożliwe, a codzienne, choć na wyspach egzotycznych. Ilustracja: Lúðrasveit Verkalýðsins tekur sólarsamba á Ingólfstorgi. Lúðrasveitin blæs í horn, á horni Bankastrætis og Lækjargötu, Stjórnarráðið, skrifstofa Forsætisráðherra í bakgrunni.

Tylko fakty nas interesują podobno.

Co to właściwie znaczy? Fakt, czy raczej jego łaciński przodek – factum – występował w złożeniach, takich jak: factum est. Da się to przetłumaczyć najprościej: faktem jest, lub równie dobrze: zostało zrobione. Fakty, dopóki nie zostaną zrobione, urzeczywistnione (co potwierdza est/jest, trzecia osoba liczby pojedynczej czasownika esse – być, istnieć), sfabrykowane, dopóki się nie wydarzą i nie zostaną zauważone nie istnieją. Kto fakty robi? Faktycznie, rzecz biorąc wszyscy. Jednym wychodzi lepiej, innym kompletnie nie wychodzi. Bardzo trudno ocenić jakość faktu. Nawet jeśli upieramy się przy „obiektywności” faktów, choć bardziej są one czynem, zdarzeniem, wypadkiem niż obiektami, jakie biorą w nim udział, nie dysponujemy obiektywnymi skalami by je szeregować, układać, piętrzyć według ważności, przydatności powszechnej, „doniosłości”, etc.  To się nie zmieni dopóki nie zostaniemy wszyscy ze sobą na stałe w jedną sieć komunikacyjną zestaleni.  Faktem ostatnich godzin stała się eksplozja zgubionej lotniczej bomby na skrzyżowaniu ulic Watutina i Gubkina w rosyjskim Biełgorodzie. Informacje, i co ważniejsze filmy z miejskiego monitoringu pokazującego co się „faktycznie wydarzyło” okrążyły glob już kilkukrotnie. Nikt na szczęście nie zginął. Z Biełgorodu do ukraińskiego Charkowa jest niedaleko, osiemdziesiąt kilometrów, godzina, półtorej samochodem, gdy nie ma wojny. Fakt, że akurat incydent z Biełgorodu przykuł uwagę tylu obserwatorów wiele mówi o sposobach obserwowania „faktów”. Pewnie na początku wojny na charkowskich osiedlach też było sporo ulicznych kamer, potem wielokroć więcej eksplozji między samochodami, blokami, sklepami. Informacja, że coś wybuchło dziś w Charkowie jest żadną informacją, to normalne. Wygląda na to, że „medialnym faktem” staje się (est) to, co nie pasuje do naszych mimowolnych założeń obserwacyjnych, to, co podważa szacowny rozkład prawdopodobieństwa.  Biorąc pod uwagę, że tylko jeden z dwóch walczących od kilku dni ze sobą sudańskich generałów dysponuje lotnictwem, liczba bomb, jakie spadły w centrum Chartumu w ostatnich godzinach z pewnością jest większa. Mimo to nikt nie będzie emitował i oglądał

Przewodnik krok po kroku po uprawie żonkili i narcyzów

Opinie ekspertów są różne, jedni radzą, żeby podlewać raz na rok, inni zalecają by nie przesadzać z częstotliwością, jeśli chcemy się cieszyć żywą barwą dłużej. Czterysta pięćdziesiąt tysięcy papierowych kwiatów. Żółtych, rozdawanych 19 kwietnia w Warszawie i kilku innych miastach w Polsce to działanie niepragmatyczne, ale piękne. Bardzo, bardzo szczególny, niestety bolesny aspekt tego czym jest „piękne działanie”, działanie niespecjalnie liczące się z realiami przypomina się w dniu wybuchu Powstania w Getcie. W kawałku miasta, na którym tłoczyło się i umierało tyle mniej więcej tysięcy ludzi. To było pierwsze powstanie w mieście w czasie II wojny światowej.  Co się dzieje z miastem, w którym do głosu dochodzi desperacja i wściekłość?  Nie sposób tego badać w ramach jakichś badawczych dyscyplin: urbanistyki, studiów nad przestrzenią publiczną, historii, socjologii, antropologii, etc.  Kwiaty są dobre, szczególne tak zwykłe i anonimowe. Nie dowiemy się już kto taki gest zaczął. Nie musimy tego wiedzieć, powinniśmy pamiętać. Powinniśmy, z powodu na przykład piękna. To podobno cholernie kosztowna abstrakcja, ale każdy może ją mieć, przynajmniej raz.  Może już pora by oprócz kwiatów zająć się czymś podobnie prostym, np. literami.  Żydzi, Polacy, Niemcy, po chwili okaże się, że trzeba dopisać do tego Rosjan, Białorusinów, Litwinów (Bałtów), Ukraińców i jak zwykle po dłuższej chwili przypomnimy sobie jeszcze o Romach i Tatarach. Wszyscy ci ludzie znaleźli się obok siebie, naprzeciw siebie z powodów, których wielu z nich nie chciało i nie rozumiało. Wielu wręcz przeciwnie. Tyle historii wystarczy, jeśli mamy żyć w tym samym miejscu, od stuleci zamieszkanym przez – jak to napisała Hannah Arendt – „pas ludności mieszanej”. Kilka europejskich etnosów, kilka alfabetów, historia niezrozumienia. Kto z nas potrafi napisać cokolwiek, choćby piękno po hebrajsku, w jidysz, po polsku, niemiecku, rosyjsku, ukraińsku, białorusku, litewsku i po romsku i tatarsku? Nikt? Spróbujmy z czymś bardziej oczywistym: pamięć? Też nikt?  To mamy

Reportaż to dość ekskluzywna i kosztowna forma zbierania informacji na miejscu zdarzeń,

spopularyzowana za sprawą relacji z Wojny Krymskiej w połowie XIX wieku. Zachodnie media, duże redakcje stopniowo zapowiadają, że w trosce o zmniejszanie emisji gazów cieplarnianych będą emitowały tylko takie reportaże, które od reportera nie wymagają lotu samolotem. Zostanie więc reportaż podporządkowany transportowi lądowemu i morskiemu. Przy dzisiejszym nadmiarze źródeł dostępnych za sprawą internetu globalnie nie jest to żaden „informacyjny” problem. Nadal będziemy „na bieżąco” wiedzieli o wszystkim. W dłuższej perspektywie, w zestawieniu z ciągłą, lekko maniakalną, europejską troską o wiarygodność i bezpośredniość tego, co traktujemy jako wiedzę o świecie to jest znaczącą cezurą. W jeszcze dłuższej, odlotowej perspektywie, np. baroku, jest to wyłączenie powietrza spod kontroli przytomnego rozumu. Aer to zawsze był żywioł zdradliwy, chrześcijańska obawa w nim właśnie osadzała wszystkie przepoczwarzające się jak obłoczki dymu mniejsze i większe nieczyste duchy, w wolnych od psot metafizycznych chwilach zajęte cichym chichotaniem z niezdarności śmiertelników. Z punktu widzenia racjonalnej kontroli emisji gazów w epoce zasysającej i pobierającej wiedzę wprost z chmur latanie nie ma sensu. Pomruki o rychłej i technologicznie skutecznej polaryzacji i podziale jednego wspólnego „netu” na mniejsze intranety o wyraźnych granicach zasięgu jakoś się zharmonizują z sopranowym śmieszkiem. Harmonia mundi przetrwa bez problemu. Nasza zdolność do kompensowania niedoborów w otoczeniu jest o wiele większa, będzie wprost fantastycznie. Obraz Marca Chagalla, Soleil dans le ciel de Saint-Paul, 1983; Obraz Franciszki Themerson, Two Pious Persons Making their Way to Heaven, one propellered, one helicoptered, with a little angel below, 1951; jakieś zamieszki, gdzieś daleko, za morzem.

Wracamy z krótkich zimowo-świątecznych wypadów

Uwalniamy się od Rodziny, narty i święta to spory wysiłek. Zaraz po nich statystycznie częściej powinny pojawiać się szalone plany, by jak w starym dowcipie zrzucić wszystko i wyjechać, wyjechać samemu, daleko poza granice netu, mieć chwilę dla siebie, bo w święta znów się nie udało.  Jeśli odpowiada wam podróż po prawdziwym kosmosie zacznijcie od ilustrowanych wydań Ulissesa Joyca. Spokojnie, nie trzeba czytać, jest to, jak dawno ustalili joycelodzy, pierwsza (sprzed 101 lat) w pełni autonomiczna powieść, sama płynie. Podobno jak jakiś starożytny strumień (Styks, Lete), wszytko jedno, ważne, że samemu nie trzeba robić – literalnie – nic. Ot, jak pasażer zerknie sobie człowiek to tu, to tam. Tekst to temu irlandzkiemu autorowi dosyć koślawy wyszedł, miejscami wygląda to jak kierdel baranów na wysokości węzła Konotopa na adwójce zwanej „Autostradą Wolności”. Nawet dwa solidne tłumaczenia: Macieja Słomczyńskiego sprzed lat i nowe Macieja Świerkockiego nie były w stanie rozładować karambolu i kompletnego miejscami zakorkowania sensu w tej powieści. Jak to w kosmosie, ciasno, ciemno. Za to niektóre ilustracje od razu są w stanie wyrwać człowieka z powielkanocnej desperacji. Jeśli ktoś na początku takiej eskapady czuje się niepewnie, nie wie czy da radę polecieć, może zacząć na przykład od Matisse’a, ten nie tylko zilustrował ale i podpisał pewną ilość nowojorskich wydań Ulissesa razem z autorem jeszcze w latach trzydziestych. Ich ceny na aukcjach są interesujące, gdybyście nawet w tak prywatnej podróży nie mogli oderwać się od codziennego profesjonalizmu. Jak nie lubicie Matisse’a i jego modernistycznych dziwactw, zacznijcie od Richarda Hamiltona. To równy chłop, szczery popartowiec, ten od budowania współczesnych wnętrz (Just What Is It that Makes Today’s Homes So Different, So Appealing?) z tego co pod ręką. Na ilustracjach Hamiltona zamiast srogo wiosłować z Ulissesem po całym świecie od razu trafia człowiek na fajne towarzystwo, gdzieś w pół drogi między Wyspą Wielkanocną

Zabawne jest to, że nikt nie przewiduje, iż sędziowie są grupą zawodową poważnie narażoną na ryzyko zwolnień z powodów wysokich kosztów świadczonej pracy.

Nie pomoże im nawet masowe korzystanie z czatów GTP do sprawniejszego pisania uzasadnień. Ekscytacja sprawnością produkującej obrazy AI obnaża jak wątlutka jest warstwa sprawności językowej w ludzkiej komunikacji. Póki tematem uwagi będzie „sztuczna inteligencja” problem nie będzie istniał. Pojawi się, gdy zamiast o inteligencji ex machina zaczniemy mówić o wyobraźni maszynowej. A „prawdziwe” kłopoty dopadną nasze poczucie spójności i sensowności świata społecznego kiedy ktoś zacznie dywagować na temat „sztucznego sumienia” i jego oczywistych (na podstawie statystyk) przewag wobec sumienia ludzkiego, bardzo zawodnego i niedoskonałego. Wtedy można powoli malować na horyzoncie wielkimi holograficznymi literami wers z Dantego, ten najbardziej znany: „Lasciate ogni…”, pierwsza z brzegu maszyna trafnie dokończy. Wytwarzanie obrazów oczywiście angażuje to, co nazywamy inteligencją, ale w znacznie większym stopniu, także te ludzkie zdolności poznawcze, które przypisujemy wyobraźni (zarówno phantasia jak eikasia). Najmniej wiemy oczywiście o funkcjonowaniu sumienia. Perspektywa religijna traktuje je jako dziwną upodobniającą do transcendentalnego Absolutu instancję ludzkiej psychiki. Lekko zabobonny szacunek dla stanowionego i spisanego prawa w kulturze zachodniej po części wynika z nierozpoznanego statusu sumienia. Nie potrafimy sobie wyobrazić idei sprawiedliwości powszechnej bez indywidualnego sumienia, które nie zmuszone potwierdza istnienie takiej idei. Nigdy nie udało się w historii myśli zachodniej wypracować jednolitego poglądu co do istoty sumienia. Henryk z Gandawy przekonany był, że jest to władza związana z wolą, pożądaniem i działaniem, ale odrębna od zdolności poznawczych człowieka. Święty Bonawentura uważał, że synderesis (czyli władza – habitus – pobudzająca do działania) jest częścią władzy poznawczej: conscientia. W końcu św. Tomasz skłonny do akcentowania intelektualizmu kosztem woluntaryzmu jako bardziej fundamentalną uznawał sprawność pierwszych zasad poznania (intellectus principiorum), a dopiero w odniesieniu do nich sprawność pierwszych zasad postępowania (synderesis). Wszystko to straci znaczenie, kiedy zjawi się powszechne wyobrażenie„sztucznego sumienia” (AC, artificial conscience).  Credit: Instagram/Midjourney+

Im bliżej prawdziwej, współczesnej wiosny, tym mniej miejsca dla surrealnej, niepragmatycznej funkcji wyobraźni.

Ileż to razy doświadczaliśmy tegoż w Atlasie Sztuki. Sceny, które w sztuce dawnej wyglądają intrygująco, zmieniają się w groteskową farsę w ikonografii wieku XX. Nie zapowiada się by XXI miał cokolwiek zmienić w tym cywilizacyjnym trendzie. Wyobraźnia jest gatunkiem krytycznie zagrożonym, wbrew awangardowym deklaracjom, potrzebuje bardzo rozległego, bagiennego ekosystemu by przetrwać. A proces melioracji i drenażu nadal jest bardzo dochodową branżą gospodarki. „Po upływie szabatu Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Salome nakupiły wonności, żeby pójść namaścić Jezusa. Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło. A mówiły między sobą: «Kto nam odsunie kamień od wejścia do grobu?» Gdy jednak spojrzały zauważyły, że kamień był już odsunięty, a był bardzo duży. Weszły więc do grobu i ujrzały młodzieńca siedzącego po prawej stronie ubranego w białą szatę i bardzo się przestraszyły. Lecz on rzekł do nich: «Nie bójcie się! Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego, powstał, nie ma Go tu. Oto miejsce, gdzie Go złożyli. Lecz idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Idzie przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam powiedział». One wyszły i uciekły od grobu, ogarnęło je bowiem zdumienie i przestrach. Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały.” (Ewangelia św. Marka, rozdział 16, 1-8)

Za tydzień Wielkanoc będzie obchodzona na Wschodzie, przez grekokatolików jak i prawosławnych.

Siła misterium „wypływająca” wprost z cieknących stróżek krwi może być gdzieś w okolicy Bachmutu medialne spektakularna. W zasadzie w Atlasie Sztuki chcemy zajmować się takimi właśnie obrazami „od święta”. Działanie świątecznego obrazu – ikony – zawarte jest w ostatnim słowie piątego wersu szesnastego rozdziału najstarszej Ewangelii Marka.   Powinno to być działanie silne, bezpośrednie, zdumiewające, zmieniające całkowicie sytuację.  Z pewnością nie mieszczące się w rejestrze tego co związane tylko z wyglądem, czy estetyką. Medioznawcy piszą o cyklicznie powtarzającym się kryzysie zaufania wobec kolejnych mediów i przenoszeniu uwagi w poszukiwaniu kolejnego, „lepszego”. Krew to bardzo stare medium, wcale nie tak atrakcyjne jak się o nim mówi. Eloquentia sanguinans u Tacyta znaczy: chciwy krwi, nie elokwentny, czy wymowny. Byłoby pięknie, gdyby za rok gdzieś tam, we wschodnim błocie zjawiło się zamiast rytuałów krwi filipińskie puso-puso skrywające małe dziewczynki udające anioła, ujawniającego, że nie ma śmierci i można już sypać kwiatki i konfetti. To tyle o obrazach. Większość z wyliczonych tu cech jest bardzo pożądana w sztuce i jej recepcji. Niestety, nie dysponujemy hermeneią mówiącą w jaki sposób dany efekt osiągnąć.  Pierwotna wersja Ewangelii kończyła się tym samym akcentem prze-strachu, wobec czegoś nie dającego się zrozumieć. Kończyła się na wersie ósmym. To dziwne zakończenie sumiennie opowiadające o dość nierozsądnej wyprawie naiwnych „kobiet” do zamkniętego głazem grobu. Czyli przedsięwzięciu może i słusznym, ale daremnym. Dalej jest dziwniej. Dalej, czyli po wejściu do środka. W wersie czwartym zainteresowany patrzeniem powinien zwrócić uwagę na zwrot: καὶ ἀναβλέψασαι θεωροῦσιν (kai anablepsasai theorousin). Theorousin jest od θεωρέω (2334 theóreó), znaczącego: zobaczyć, ujrzeć. Wszytko to najprostsze przykłady tego, co nazywamy: teorią (dla łacinników: contemplatio) i co zaczyna się od wzroku, który „coś dostrzega”, który uświadamia rozumowi istnienie czegoś. Anablepsasai (od: ἀναβλέπω 308. anablepó: spojrzeć, zwrócić spojrzenie na, spojrzeć do góry, podnosić oczy {cecha charakterystyczna vuls sacer}, przejrzeć, odzyskać wzrok)

Wielu próbowało, z marnym skutkiem. Kręcenie to trudne i specyficznie ludzkie zajęcie.

Mówią, że dopiero The last of Us okazał się „prawdziwym filmem”, serialem nakręconym na podstawie gry. Film, sekwencja opowiadania, obrazów i muzyki, to forma najbardziej przylegająca do naszych potrzeb komunikacyjnych, do instynktownego zagadywania tego, czego troszkę się obawiamy. Wujek G. błyskawicznie podpowiada, że „ten serial lub program telewizyjny podobał się 92% użytkowników”. Wow, wow! Choć zarażeni cordycepsem klikacze i (chyba) purchlaki wydają ciut inne dźwięki. I lepiej od ludzi realizują swoją „potrzebę komunikacyjną”. Szybciej, prościej, bardziej bezpośrednio. Jeśli komunikację utożsamia się z nieprzerwanym upodobnianiem swojego otoczenia do siebie, to nie tylko fantastyczne grzyby, ale zwykły jogurt i zamieszkująca go społeczność poczciwych, pracowitych bakterii fermentująca co się da, lepiej od nas jest skomunikowana. Podobno chodzi o to, by gospodarka rosła jak na drożdżach, także branża filmowa. W starym świecie, niezarażeni, szybko się nudzili. Więc pewnie w kolejnych sezonach czeka nas przeprowadzona z rozmachem ekranizacja Tetrisa. To gra logiczna, nikt nikogo niczym nie straszy i nie zaraża. Czysta, intelektualna przyjemność. A na końcu okazuje się, że wszytko się świetnie składa i pasuje do siebie jak ulał! Źle skomunikowani – jak dzieci – nie mogą się też doczekać. Może już zacznijmy głosować nad obsadą do Tetris. Nie chodzi o kolejny film o historycznych okolicznościach powstania gry, ale o film wprost z poukładanego „świata gry”. Jest tylu świetnych aktorów, czyją twarz widzicie na plakacie do serialu: Tetris. The first of Us? Jakim głosem mają nas uwodzić (klikać?) główni bohaterowie? Musimy się lepiej do siebie dopasować, dla dobra przyszłości.

Potrzebujemy czegoś konkretnego, czegoś wyczuwalnego, namacalnego.

Potrzebujemy bardzo, czasem wydaje się, że maniakalnie. Na tej potrzebie ufundowane są i ludyczne rytuały i metodologiczne, nieskazitelne naukowe statystyki. Skoro potrzebujemy tego wszyscy, musi to być coś do znalezienia w dowolnym miejscu świata. Coś, co mamy przy sobie. Antropolodzy napisali więcej książek o rytuałach krwi, o odróżnianiu krwi czystej i nieczystej, błękitnej i chamskiej bardziej niż chcielibyśmy przeczytać. Nasza wyobraźnia skłonność do samookaleczania przypisuje innym gatunkom, choćby pelikanowi z późno antycznych i średniowiecznych bestiariuszy, karmiącego swoje pisklęta krwią z własnej piersi. Krew jest substancją służącą do sublimacji, ale z niejasnych powodów upragnioną sublimacyjną przemianę musi zwykle poprzedzić coś wręcz przeciwnego, coś fizjologicznego i okrutnego. Dopiero taka rozpiętość ekstremum akcji w pełni ożywia nasze emocje. Gorzej radzi sobie wyobraźnia z dalszą, już bezkrwistą fazą misterium. Światło okazuje się zbyt słabym, zbyt mało konkretnym czynnikiem by zbudować wokół niego tłumną, dającą się przewidzieć reakcję. W obrębie chrześcijaństwa ludowe misteria kończą się przeważnie wraz z Ukrzyżowaniem. Potem można już tylko kombinować z czarną chustą zdejmowaną z twarzy Mater Dolorosa jak w filipińskim salubong, odprawianym o świcie w sobotę wielkanocną. Ciąg dalszy, istotny dla tej religii to już domena mocno abstrakcyjnej liturgii i homiletyki, retorycznych sztuczek „uczonych w Piśmie”, którzy dogmatycznie mieszają światło a to z Logosem, a to z Duchem, czyli abstrakcjami jakie nigdy nie pulsowały zbyt wyraźnie.  Tak się składa, że już za tydzień Wielkanoc będzie obchodzona na Wschodzie, zarówno jak przez grekokatolików, tak i prawosławnych. Siła misterium „wypływająca” wprost z cieknących stróżek krwi może być gdzieś w okolicy Bachmutu medialne spektakularna. Medioznawcy piszą o cyklicznie powtarzającym się kryzysie zaufania wobec kolejnych mediów i przenoszeniu uwagi w poszukiwaniu kolejnego, „lepszego”. Krew to bardzo stare medium, wcale nie tak atrakcyjne jak się o nim mówi. Eloquentia sanguinan u Tacyta znaczy: chciwy krwi, nie elokwentny, czy wymowny. Byłoby pięknie, gdyby za rok gdzieś

„Budynek musi się wszystkim podobać. W przeciwieństwie do dzieła sztuki, które nie musi podobać się nikomu”.

Adolf Loos całe życie był posiadaczem. Między innymi posiadał bardzo wyraźne, apodyktycznie wypowiadane poglądy. Posiadał też wątpliwy dar ściągania na siebie uwagi miasta. W jego wypadku uwagi całego Wiednia, który emocjonował się plotkami o architekcie.  Wystarczy sięgnąć, po któryś z jego pisanych i publikowanych często tekstów, choćby z najbardziej znanej pracy: Ornament i zbrodnia (A. Loos, Ornament i zbrodnia, przeł. A. Stępnikowska-Berns, 2015, Tarnów), by się o tym przekonać. Można zacząć od germańskich uwag o militarnej przewadze amerykańskiego plumbera (hydraulika) nad francuskim installateur’em. Mamy w Łodzi uliczki, przy których problem instalacji hydraulicznych nadal pozostaje równie nabrzmiały jak w Wiedniu z początku XX wieku. Właśnie odnowiono dom Hilarego Majewskiego, urzędowego architekta Łodzi, który kończył swoją bogata karierę w czasie kiedy młody, zbuntowany Loos podejmował różne prace w błyskawicznie rozwijającym się Chicago ostatniej dekady XIX wieku. Może (po uporaniu się z palącymi problemami infrastruktury) gdzieś w pobliżu, gdzieś w czasoprzestrzeni uliczki, przy której stoi dom Majewskiego warto przepisać uwagę Loosa z artykułu Architektur: „Budynek musi się wszystkim podobać. W przeciwieństwie do dzieła sztuki, które nie musi podobać się nikomu. Dzieło sztuki jest prywatną sprawą artysty. Budynek zaspokaja potrzebę. Dzieło sztuki zostaje stworzone, choć nie istnieje taka potrzeba. Budynek zaspokaja potrzebę. Dzieło sztuki nie ponosi żadnej odpowiedzialności, dom odpowiada przed każdą osobą. Dzieło sztuki chce wyrwać ludzi z ich komfortowej sytuacji. Budynek musi dawać komfort. Dzieło sztuki jest rewolucyjne, budynek jest konserwatywny. Dzieło sztuki wytycza nowe ścieżki dla ludzkości i myśli o przyszłości. Budynek myśli o teraźniejszości. Ludzkość kocha wszytko, co zapewnia jej komfort. Nienawidzi wszystkiego, co chce ją wyrwać ze zwyczajowej i bezpiecznej pozycji, i co ją niepokoi. I dlatego kocha ona budynek i nienawidzi sztuki.” Mówiono o Loosie, że pomógł pokazać «różnicę miedzy urną i nocnikiem» i wykazał «istnienie kultury w nakreślonej tą różnicą przestrzeni.» Dziś, kiedy zdaje się nam, że wszytko

Trybunał w Hadze

Sprawa nie jest prosta. Choć brzmi to ładnie, kiedy wymienia się, że sto dwadzieścia trzy kraje uznają jurysdykcję Trybunału Karnego w Hadze. Rosja przestała na mocy dekretu wydanego w 2016. Silni rzadko godzą się na ograniczenie swobody działania. W czasie głosowania w Rzymie w 1998 nad powołaniem tego sądu przeciw głosowały m.in. USA, Izrael, Chiny, także Irak i Iran, Libia i Jemen. Wtedy wydawało się, że będzie to kolejny sąd ścigających zbrodnie popełniane na dalekich peryferiach kultury zachodu. Trybunał zaczął działać w 2002 roku, w epoce „walki z terroryzmem”, nadal bardzo odległej od wyobrażenia sobie dużej wojny w Europie. W czasie kiedy Jean Baudrillard przekonywał, że „Wojny w Zatoce nie było”, a oglądaliśmy tylko serię rozbłysków na ekranach, gdzieś daleko nad anonimową pustynią. Ukraina nie jest stroną konwencji rzymskiej. Dopiero w 2014 roku, po utracie Krymu zwróciła się do ICC o przeprowadzenie śledztwa obejmującego jej terytorium.  Na mapie świata jest dużo miejsca, gdzie jurysdykcja ICC nie sięga. Mimo to Trybunał działa jakby chciał być głosem średniaków i słabszych, głosem, który może zmienić w świecie nieustannie się informującym o każdym wydarzeniu zaskakująco wiele, wbrew interesom silnych. Chyba najwyższy czas zaapelować, by czysto kurtuazyjnie wysyłać na adres ambasady Federacji Rosyjskiej imienne zaproszenia dla pana Putina przy każdej okazji, w końcu tyle ciekawych imprez otwiera się co tydzień. A każda okazja jest dobra, by się lepiej poznać.  Jak głosi hasło z podręcznikowej krzyżówki dla uczących się rosyjskiego: jesteśmy sąsiadami na tej planecie. W krzyżówkach oprócz zapału i pomysłów, absolutnie kluczową sprawą jest zmieszczenie się w kratkach. To się może udać, nawet wbrew silnym.   Wysyłajcie zaproszenia для господина президента Путина, przy każdej okazji, „może to coś da”.

Ptasie móżdżki

Nie wiemy do jakiego stopnia i czy w ogóle rozwój technologiczny i kierunek cywilizacji powtarzają wybory jakich dokonała ewolucja. Opuściło nas dziewiętnastowieczne przekonanie, że ewolucja jest tylko sumą przypadkowych wyborów, choć jej teleologiczność także nie mieści nam się w głowach. Dominującą „strategią”(skoro nie ma końcowego celu nie sposób mówić o strategii sensu stricto) jest zwiększanie zdolności do produkowania energii. Surowce energetyczne, fuzja jądrowa, źródła odnawialne, wszystko jedno byle gwarantowało więcej energii. Historia estetyki dostarcza przykładów, że nastawienie na ciągłe zwiększanie zasobów energii jest tendencją o co najmniej tysiącletniej tradycji. Gotyk płomienisty, manieryzm, barok, eklektyzm końca dziewiętnastego wieku, o sto lat późniejszy, figlarny postmodernizm to grzbiety regularnych (chronologicznie) fal wzmożenia, ostentacyjnego manifestowania form, których wytworzenie wymagało rozrzutności energii i lekceważenia skali wysiłku. Strategia odmienna, oparta na szukaniu sposobów oszczędzania, stałego zmniejszania zapotrzebowania na energię jest o wiele słabsza. Metaforyka społeczna kojarzy ją z ubóstwem, słabością, niemocą, wyrzeczeniem. Z tym, z czym większość z nas woli nie być kojarzona. Nieprzypadkowo minimalizm pojawił się jako wyraźna tendencja tak późno (pomijając monastycyzm), dopiero po rewolucji przemysłowej, w przytłaczającym chaosie wielkich miast.  Nasi mali protoplaści, pierwsze ssaki to nie były istoty dysponujące największą w ówczesnym ekosystemie mocą. Wręcz przeciwnie, podobno balansowali w cieniu majestatycznych władców codziennie pochłaniających gigantyczne porcje wysokoenergetycznej karmy, obnoszących się z barokowymi paszczękami po „ich” terytorium. Dopiero co okazało się, że „ptasie móżdżki”, mikroskopijne w porównaniu z naszym organem zużywającym 1/5 energii ciała są co najmniej trzykrotnie bardziej sprawne niż myśleliśmy. Ptasie neurony potrzebują tylko 1/3 energii jaką zużywa neuron przeciętnego ssaka. Proporcja ilości energii wobec ilości przetworzonej informacji to dość sensowny parametr oceny rozwoju zarówno istot żywych jak cywilizacji. To musiało się podobać na Górze. Tym bardziej, że po tych wielkich zawsze zostawała góra odpadów. Nie bardzo potrafimy definiować informację. Ale już teraz jesteśmy przekonywani, że będzie to wymagało zapewnienia większej

Wiosna, wiosna – jeden nosorożec jej nie uczyni. Jedna jaskółka, jak wiemy, również.

Jaskółka niewiele zmienia, ale nawet niewychodzący z biura, niezjeżdżający z autostrady, nieopuszczający metra i podmiejskiej kolejki, ci zaszyci na amen w setupie biosa w ciągu dwóch tygodni ze zdziwieniem zauważą, że zauważyli ptaka dawno niewidzianego. Żuraw, bocian, jaskółka, szpak, jerzyk, wilga. Coś, co leci nad głową i nie straszy dźwiękiem. Takie dziwienie się doskonale uzupełni nasz codzienny poznawczy deficyt kontaktu ze środowiskiem naturalnym. Jeszcze kilkanaście tysięcy lat temu wszyscy zasuwali z północy na południe dwa razy do roku za przemieszczającymi się stadami. Co najmniej od dziesięciu tysięcy lat coraz większa część z nas żyje bez takich wędrówek. A jednak nasz aparat percepcyjny nadal ma sieć receptorów do ożywienia jakich wystarczy jeden ptak wraz z pewnymi natężeniem słonecznego światła, mniejsza o temperaturę. Potem przez kilka dni (primo vere) zachowujemy się jak nastoletni poeci do świtu grający w ostrą strzelankę, wszędzie widzimy nagle wybuchające pąki. Wiosna, jakimś cudem działa na nas mimo globalnego potopu zimnego światła, mimo wyraźnych, nie wirtualnych odgłosów walki.  Dawne teorie zestawiające w pary żywioły, pory roku i ludzkie temperamenty (humory) wiosnę (ver) mieszały z powietrzem, ciepłym i wilgotnym i z usposobieniem sangwinicznym, w którym ciepła i wilgotna krew pulsuje żywiej, pcha do robienia rzeczy dawno nie robionych. No polatałby człowiek trochę po świecie, rozejrzał za jakimś nowym miejscem.  Giuseppe Arcimboldo, Włoch na imperialnym dworze, od 1564 posiadacz tytułu Hofmaler, musiał być czujny, wiedzieć o czym ćwierkają wróble dookoła wiedeńskiego czy praskiego Hofu. Proszę nie wierzyć, że był Arcimboldo jakimś „pre-surrealistą”. Na dworze i w przyrodzie nie ma czasu i miejsca na żadne sur-realizmy, trzeba być cały czas przytomnym, obserwować co się dzieje.  Już w 1563 zaczął malarz malować dla cesarskiej mości skromny dar: osiem obrazów układających się w model świata. Oczywiście w domyśle świata sprawiedliwie i harmonijnie zjednoczonego pod berłem Habsburgów. Podarunek się spodobał. Uzupełniony panegirykiem innego mediolańczyka,

Co właściwie sprawia, że dzisiejsze miasta są tak odmienne, tak pociągające?

Just What is It That Makes Today’s Homes So Different, so Appealing? Niewielki, mocno chaotyczny kolaż Richarda Hamiltona z 1956 po siedmiu dekadach okazuje się być jedną z ikon objawiających czym jest i jak wygląda kultura Zachodu. W dziesiątkach sieciowych miejsc możecie dziś poczytać o wszystkich możliwych konfiguracjach i konstelacjach detali i szczegółów tej papierowej pracy. Sam Hamilton odnosił się do niego starannie, wykonując po ponad trzydziestu latach (w roku 1992) nową (zmodernizowaną) wersję i oczywiście powiększając gmatwaninę tropów, motywów, odniesień, symboli, etc. Dlaczego nie zastąpić tytułowych „domów/mieszkań” czymś większym? Na przykład miastami. Tytuł (prawda, że od razu uroczo ironiczny?) brzmiałby wtedy: Co właściwie sprawia, że dzisiejsze miasta są tak odmienne, tak pociągające?  Zanim dopuścimy do głosu tłoczących się ekspertów z nieskończonej ilości dyscyplin i branż, piętnaście sekund zmarnujcie na lekturę klasyka mieszczańskiej przeszłości: „Dionizos: Miej rozum Ariadno! Masz drobne uszka, masz swoje uszka: Usłysz – że mądre słowo Czyż, by się kochać, nie trzeba wprzód się nawzajem nienawidzić? Jestem twoim labiryntem…”  (F. Nietzsche, Dytyramby dionizyjskie, przeł. S. Wyrzykowski, Warszawa, 1904). Po co do tego kolażu doklejać jeszcze szaleństwo Nietzschego? Kiedy już poinformujemy się o „symbolicznym” i historycznym znaczeniu każdego szczegółu we wnętrzach zmyślonych naprędce przez Hamiltona, zrozumiemy, dlaczego to Księżyc, to Jowisz ocierają się w nich o szynki w puszce, odkurzacze, komputery i komiksy, w końcu będziemy musieli zauważyć do jakiego stopnia te domy trzymają się na sile stereotypu płci. Płci tak groteskowej w poszukiwaniu wyraźnego atrybutu, że sięgającej aż do sposobu myślenia. Myśl Nietzschego, że ja i wnętrze sytuacji, w której się znajduję jest tym samym, jest równie żywe i kapryśne i może prowadzić w stronę (jakżeż ekologicznego!) przypuszczenia, że nie jestem w stanie się wyplątać, zdystansować, od-różnić od miasta.  A otaczająca nas plątanina okazji i niebezpieczeństwa oddycha w swoim własnym, dionizyjskim rytmie, który swobodnie miesza ze sobą

W chińskiej kobiecej lidze piłki nożnej zdyskwalifikowano drużynę Uniwersytetu z Fuzhou. 

Z powodu  nie dość czarnego koloru włosów zawodniczek. Europa może tygodniami dziwić się chińskim przepisom w sporcie. Ale powinna pamiętać, że sama była i jest u źródeł wielu innych równie „oczywistych” regulacji zachowań. W samym środku zielonej Anglii filozof-emigrant Leszek Kołakowski wkurzony uwagami sąsiadów napisał mały, ironiczny (uwaga Wyspiarze!) traktat „The General Theory of Not-Gardening”. (Wersja angielska została opublikowana w „Journal of the Anthropological Society in Oxford” vol. XV, no. 1, polski przekład dokonany przez autora „Ogólna teoria nie-uprawiania ogrodów” w „Zeszytach Literackich” w Paryżu, nr 18, 1986). Zastanówmy się, z czego wynika oczywista wyższość przekonań co do właściwej długości trawy, nad równie silnymi przekonaniami co do właściwego koloru włosów piłkarek. Traktat Kołakowskiego jest tak krótki i jasno sformułowany, że może być dla wielu Europejczyków z dziada pradziada idealną okazją by zacząć czytać teksty filozoficzne. Jeśli chcemy ochronić nasz sposób życia w XXI wieku, powinniśmy na serio usiąść do takiej powszechnej lektury. Mamy jeszcze trochę czasu zanim nowe, bezdyskusyjnie obowiązujące regulacje prawne takich dziwnych i niestandardowych lektur zabronią. W trosce o ogólną schludność świata. Co do tego nie ma wątpliwości – przyszłość powinna być schludna i ogólnie porządna. Czarno to widzimy.

Fabuła na wspak

Jeden z niewielu zachowanych przedwojennych (z 1937) filmów awangardowych, czyli takich, które chciały pokazać niedostrzeganą oczywistość to Przygoda człowieka poczciwego (https://www.youtube.com/watch?v=FlaFGPiioPQ) autorstwa Stefana i Franciszki Themerson. Z muzyką Stefana Kisielewskiego wart jest chwili uwagi. Fabuła na wspak, o konsekwencjach chodzenia przez dobrodusznego urzędnika tyłem eksponuje motyw dwóch ludzi noszących szafę z lustrem (tak, tak, Henryk Kluba i Jakub Goldberg taszczący szafę po bałtyckiej plaży w etiudzie Polańskiego z 1958, to był już „drugi sezon” tej symbolicznej usługi transportowej w historii filmu). Czy doczekamy sezonu trzeciego i motyw dźwigających coś wielkiego i ciężkiego jak szafa wypełni filmowe kadry i nasze głowy?  Byłoby miło, bo każdy na nowo podjęty wątek, każda powiązana nić – to typowa, łódzka mądrość – cieszy. Rzeczywistość trzeba nieustannie cerować i reperować, skoro nadal nie potrafimy wyprodukować rzeczywistości 2.0. Jak w 2023 może wyglądać kadr z tragarzami, z wykonującymi usługę transportową? Banalnie, nie będzie to obraz wypatrzony i utrwalony przez ludzkie spojrzenie. Pierwszy lepszy algorytm poproszony o przemielenie sceny z filmu Themersonów natychmiast wysnuje serie kadrów sterylnie ubogich, skrajnie funkcjonalnych, anonimowych jak twarz kuriera, który już się zdążył odwrócić i pędzi dalej zanim odebraliśmy naszą dzisiejszą przesyłkę.  Proszę spojrzeć jak bezproblemowo krzyżuje maszyna do obrazów fragmenty ludzkiej anatomii z przedmiotami (https://drive.google.com/file/d/1RYNAcOHolq6gri8F_StHTNdyxAGk8hEH/view).  Czysta funkcjonalność, tylko nogi i pudła, w gładkiej przestrzeni. Możemy na to patrzeć jak na niewiele znaczące zabawy z metamorfizacją starej, dwudziestowiecznej awangardy przy użyciu AI. Możemy też pomyśleć, czy nie są te wczesne (czarno-szare i biało-nieme) obrazy nowego gatunku, którego istnienia z uporem nie chcemy zauważyć: człowiek-usługa, perfekcyjny (zawodowo) nikt. On tylko coś przenosi, dostarcza, dowozi, dokręca, głosuje, nic osobistego. Taka profesjonalna w każdym calu usługo-istota nie potrzebuje oczu, po co jej w oczy patrzeć?  Sprawny, autonomiczny system sterowania, nogi i miejsce na ładunek/usługę, ewentualnie obudowa z reklamą.  Zwróciliście uwagę, że i u Themersonów i u

Nie ma czasu, nie ma.

Gospodarka zassie każdą ilość w miarę wykształconych inżynierów. Wobec takiej powietrznej trąby, takiego wiru natychmiastowych potrzeb szansa, że jakaś uczelnia z rozpędu nazywana poli – techniczną zmieści w programie skromna ilość dywagacji nie dających się przełożyć na zestaw zadań/projektów do rozwiązania jest minimalna.  Będziemy jechać co najmniej do końca dekady na autopilocie zaprogramowanym w czasach Ernsta Kappa i lekko upgradeowanym przez Heideggera w Pytaniu o technikę. Czyli będzie to tradycyjna jazda bez trzymanki, ponieważ Kapp pisząc o filozofii techniki pod koniec XIX wieku (Grundlinien einer Philosophie der Technik. Zur Entstehungsgeschichte der Cultur aus neuen Gesichtspunkten, Braunschweig, 1877) mógł pisać, że narzędzie, przyrząd jest tylko udoskonaleniem i wzmocnieniem działania naturalnych wzorców ludzkiego działania. Mógł nadal pisać tak, jak myślano kilkaset lat wcześniej. Soczewka przedłuża zasięg oka, dłuto jest projekcją działania ręki, a automobil (już niedługo) będzie przyspieszeniem sposobu poruszania się.  Kiedy Heidegger zastanawiał się nad techniką było oczywiste, że wydostała się ona poza imitowanie wzorów naturalnych. I czort wie co jest jej celem, poza oczywistym wspomaganiem przyspieszonej akumulacji zysku. To, co technika wytwarza jest dziełem technicznej pracy szeregu innych maszyn i w jej – dość dla nas nieprzeniknionym – wnętrzu trzeba by szukać wzoru, czy może już celu – telos takiego wytwarzania.  Anegdotycznie, na poziomie zlikwidowanego gimnazjum i jeszcze istniejącej „klasy średniej” można to zobrazować prosząc o ustalenie proporcji między powierzchnią kadru filmowego zajmowaną przez Chaplina i maszynę w scenie, kiedy komik zostaje wessany do wnętrza taśmy produkcyjnej (Dzisiejsze czasy, 1936). Wszyscy, nawet najbardziej liryczni poeci ten kadr kiedyś widzieli, więc zadanie wydaje się łatwe. Ciało musi się dopasować do przestrzeni i ruchu o jakim decyduje „logika” budowy maszyny. A jak ktoś słabo liczy, niech po prostu rozpozna, kto w tym transhumanistycznym duecie jest passiv, a co activ. Ciągłe opowiadanie o znaczeniu ergonomii, rozbudowanej analizy potrzeb, designu skierowanego na użytkownika unosi

Stalin upatrzył sobie w Łodzi Jana Kowalewskiego.

Ministerstwo Edukacji jeszcze nie wie dlaczego. Ale nie tylko tego nie jest pewne. Nie wie czy lekcje K-popu zastąpią muzykę tylko w klasach mundurowych, czy we wszystkich. Silniejsza integracja kulturowa z Koreą po decyzji o zakupie prawie tysiąca czołgów K2 i około 300 wyrzutni rakietowych K239, czterdziestu ośmiu odrzutowców FA-50 i ponad sześciuset armatohaubic K9 wydaje się polską racją stanu, przynajmniej rządzącym. Raison d’État (ratio status) to termin bez wątpienia europejski. Z pewnością istnieje jego odpowiednik koreański, ale wiemy o nim niewiele, tyle ile da się wytłumaczyć po angielsku. Rząd planuje do 2035 wydać na modernizację armii 133 miliardy dolarów. Jeszcze jakieś drobne na modernizację szczelnych zapór i płotów na granicach i już będziemy „u siebie” bezpieczni.  Przypomina to wszystko decyzję zarządu spółdzielni mieszkaniowej o pilnej termomodernizacji wiat śmietnikowych na osiedlu z powodu niespodziewanej zimy. Obłożeni sprzętem znów będziemy „silni, zwarci, gotowi”. I zostaniemy w lekko rdzewiejących dekoracjach na długo, pewnie aż do drugiej połowy stulecia. K-pop lekko zmiksowany z „My Słowianie” i szopenowską śpiewnością sekcji rytmicznej da się przełknąć. Zupełnie jak i Festiwal piosenki koreańskiej, na przykład w Kołobrzegu, może stać się ministerialnym hitem lat trzydziestych. Podobno wojsko nie jest od myślenia, wojsko śpiewa na rozkaz. Wojsko jest od tego, by maszerować. Tak przynajmniej uważał carewicz Konstanty.  Suwerenność to nie zadanie dla wojska tylko skutek posługiwania się własną wyobraźnią.  Mamy w Łodzi mural (przy ul. Nawrot 7) upamiętniający urodzonego tu porucznika, który już w przededniu Bitwy Warszawskiej regularnie pisał do Marszałka. A jego listy były czytane w Sztabie Generalnym z najwyższą uwagą. Ciekawe byłoby ustalenie co spowodowało, że Brytyjczycy wymusili na rządzie RP na uchodźstwie jego (wtedy już podpułkownika) odwołanie z placówki w Lizbonie i zakończenie działania Akcji Kontynentalnej na początku 1944 roku (DOI: https://doi.org/10.18778/0208-6050.105.08 ) Podobno o odwołanie poprosił Churchilla Stalin w czasie konferencji w Teheranie pod koniec listopada

Miłość to nie sielanka.

Walentynki, ale zaraz po: Proszę zwrócić uwagę na symbol Ecn  (économique). W liczniku zawiłego wzoru na miłość cudowną. Wzór został na poczekaniu wymyślony przez Isodore’a Isou, impertynenckiego i czarującego zarazem przywódcę paryskich letrystów. Wydawałoby się, że tych okrutnie awangardowych młodziaków nie interesowało nic poza bezpośrednim działaniem (np. rozróba na Wielkanoc 1950 w Notre Dame; https://en.wikipedia.org/wiki/Notre-Dame_Affair) i kreśleniem wszędzie gdzie się da własnych znaków. Isou na początku lat sześćdziesiątych zaczął coraz wyraźniej eksploatować znakową siłę seksualności, miłości, uczuć. A od początku swojej paryskiej kariery dość konkretne miał przekonania co do kobiet („Isou ou la mécanique des femmes”, Paris, 1949).  Wprowadzenie symbolu ekonomii do ścisłej formuły określającej miłość idealną pozbawione sensu nie jest. „Walentynkowych Zakochanych” postrzegamy na dalekim od ekonomii tle sielanki. Tymczasem może nie sama Miłość, ale obraz Miłości w znacznej mierze oparty jest na regułach marketingu, bez opamiętania wyostrzającego kontury znaku. Siła związku między ciałem a znakiem wróciła do europejskiej wyobraźni w 1996 w „Pillow Book”, filmie Petera Greenawaya. Pierwsze co zauważa się w ikonografii „zakochanych”, to asymetria między ilością ciał kobiecych i męskich. Kobiece, szczególnie zestawione razem z kompletnie nieczytelnymi znakami znaleźć nietrudno. Ciał męskich wielokroć mniej, jeśli pojawia się jakaś opisująca samca formuła miłości cudownej to ilustruje ją obrazek raczej nie anatomiczny.   Nie potrafimy wyliczyć czy Miłość się bilansuje, wciąż domyślamy się tylko czy nam się opłaca. Co najmniej od mitu o Psyche i Erosie obraz miłości jest oparty nie na symetrycznym zrównoważeniu, na spełnionym zespoleniu, ale na asymetrycznej grze przeciwstawnych sił, z których każda usiłuje osiągnąć dominację.  Macie kogoś pod ręką, macie na Kogoś oko? Postawcie na nim swój znaczek. Może być całkiem miło. Kto wie, może będziecie mieli co czytać, w duecie przez wiele wieczorów. Grafika: Isidore Isou, „Formule de l’amour prodigieux”, 1960, serigrafia Isidore Isou, „Initiation à la Haute Volupté”, 1960-1989, serigrafia Isidore Isou, „Initiation

Często zapominacie języka w „gębie”?

Wobec zaskakującej nowości, wobec skali katastrofy, na chwilę? Zapominacie. Oczywiście, zapominamy języka, nie tyle „w gębie” co w głowie.  Może i dobrze, ale w tych krótkich chwilach nie słuchajmy dobrych rad, patrzmy tam, gdzie chcemy patrzeć, wyżej, głębiej, bystrzej, przez łzy, mimowolnie. Patrzmy swoje. Może to coś da?  Zdaniem wielu badaczy procesów neuronalnych ośrodki i szlaki korowe odpowiedzialne za reakcję na zupełnie nową, nie znaną organizmowi sytuacje są bardziej rozbudowane w prawej półkuli mózgu, są bardziej aktywne w okresach szybkiego wzrostu i też szybciej się starzeją (C. Chiron, I. Jambaque, R. Nabbout, R. Lounes, A. Syrota, O. Dulac, The right brain hemisphere is dominant in human infants., Brain, vol. 120, Issue 6, Jun 1997, p. 1057–1065, https://doi.org/10.1093/brain/120.6.1057). Nowym wyzwaniem poznawczym jest także każda katastrofa, ostry kryzys.  Jakie rady zjawiają się wtedy w przestrzeni społecznej? Pierwsza, najzupełniej oczywista brzmi: nie patrz tam! Nie podchodź, nie interesuj się, idź dalej, zamknij oczy! To nie jest zła rada. Stosują ja prawie wszystkie galerie sztuki. Nie patrz tam – patrz tu. Tu są obrazy. Wiszą i pokazują, co i jak. Chronić mają przed ekspozycją na drastyczność, pozwalają zachować rutynę reakcji, oszczędzają energię organizmu, zmniejszają liczbę przeszkadzających gapiów. Nie jest to też dobra rada. Sprawia, że błyskawicznie obojętniejemy, gorliwiej powtarzamy sekwencje działań, które dopiero co okazały się niewystarczające.  Tak zwany powrót do normalności może być powrotem do raju, ale nie za cenę przymykania oczu na komendę. Ciekawa jest korelacja między umiejscowieniem w prawej półkuli ośrodków aktywujących się wobec nowej sytuacji, zarówno jak ośrodków tzw. uczenia się niewerbalnego. Byron P. Rourke (Nonverbal Learning Disabilities: the Syndrome and the Model, 1989) wykazał, że upośledzenie takiego uczenia się częściej jest wywołane przez uszkodzenia prawej półkuli. Nadal nie wiemy co łączy te ośrodki, ale można założyć, że ograniczenie zdolności do uczenia się – nie poprzez język (np. komendę, polecenie,

Walentynki w Lewancie — „Small-world”

Wszystko brzmi swojsko, choć Small-world to także jeden ze specyficznych terminów opisujących model połączeń w obrębie mózgu (Bassett D., Bullmore E., Small-world brain networks. Neuroscientist, 2006, Dec; 12(6):512-23. DOI: 10.1177/1073858406293182). Połączenia te w znacznej mierze umożliwiają nam takie zachowanie, które kultura wyróżnia jako kreację, twórczość, optymalne reagowanie na to co nowe w otoczeniu. To struktura, która najprawdopodobniej decyduje o organizacji rozproszonych informacji, o rytmie ich nawarstwiania, o tym, gdzie i jak na siebie wpadają, o procesach bez których cały organizm o wiele mniej elastycznie reagowałby na zmiany.  Zamiast babrać się w glejowatej głowie, lepiej popodróżujmy palcem po mapie. Poszukajmy jakiegoś geograficznie osadzonego, małomiasteczkowego punktu, nieważnej kropeczki na globalnej mapie pospinanej dobrze nasmarowanymi łańcuchami dostaw (supply lines). W głowie Witkacego były to przez chwilę Kielce.   „Kielce, symbol, jako szczyt ohydy,Jako jakieś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy.A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe”  (Do przyjaciół gówniarzy)  Dziś łatwo je znaleźć (nie kierując się własnym kolonializmem geograficznym i wielkomiejskimi uprzedzeniami) w tytułach kilku serii maniakalnie malowanych obrazów Dwurnika (Wąsosz, 1990; Czerwieńsk, 1991; Radzymin, 1991). Mogliśmy słyszeć te nazwy, brzmią zwyczajnie, ale nigdy tam nie byliśmy, raczej się nie wybieramy, bo i po co. Każdy ma (w głowie) swój mały świat. Jeden na jedno życie mu wystarczy. Można poczytać o przygodach tych, którzy z jakiegoś powodu zawzięli się, żeby ich prywatny rozmiar małomiasteczkowości rozciągnąć do granic mapy (Sargon, Aleksander M., Julius C., Czyngis Ch., Napoleon B.) zmienić w uniwersalne kryterium smaku (Salvador D., Andy W.), uczynić normą dla wszystkiego (Józef S.). Nudy, nawet w wersji kinowej.  Wybieracie się może do Aleppo? Nie bardzo jest jak, a tym bardziej po co. Aleppo, starożytne, kananejskie Halpe to modelowy small-world. Gmatwanina nieprzesadnie tolerujących się etnosów, które przez ostatnie cztery tysiące lat pacyfikowały się nawzajem. Dziś to Arabowie, Kurdowie, Ormianie, Żydzi, Turcy, Grecy, ale i

Zosia do Jurka: Żorż, Jerzka, Sukuniu. Jurek do Zosi: Kochana Żoneczko, piesulko, a także Sonieczko, Sunieczko.

Oj słoniusiu, – pisze Zofia. – Już mi niełatwo żyć bez ciebie. Teraz żyję prowizorycznie. Byłam na placu Wolności. Jest gwiaździsty, wypuszcza z siebie takie długie ulice, bardzo pociągające, troszkę tam wlazłam – ale za zimno na długie łażenie i wolałabym z tobą. Biedna niewolnica. W lecie musi okropnie cuchnąć w Łodzi. Teraz jest przyjemnie egzotyczna. Czy o mnie pamiętasz? Całuję Ciebie bardzo. Wszyscy mają męża a ja nie. Zosia. Na razie, tuż po wojnie, Zofia Gutkowska – podobnie jak jej przyszły mąż – trafia do pracowni Eibischa na krakowskiej ASP. Absolutorium uzyskuje już po ślubie, 30 czerwca 1949 roku. Uzupełnieniem plastycznej edukacji są jeszcze studia scenograficzne u Karola Frycza, zakończone dyplomem 5 stycznia 1953 roku. W latach 50. praktykowanie zawodu jest jeszcze dla niej koniecznością – z czegoś trzeba żyć. Już w czasie studiów współpracuje ze słynnym Teatrem Lalki i Aktora „Groteska” w Krakowie. Nie tylko dla niej projektowanie lalek i dekoracji okaże się znakomitą „niszą” na nadchodzące lata socrealizmu, a także ekonomiczną „deską ratunku” dla młodej pary. Po ślubie Nowosielscy mieszkają przez pół roku przy al. Krasińskiego 32/4, w pracowni Jonasza Sterna, który przebywa na stypendium w Paryżu. Po jego powrocie trafiają znowu do dawnej pracowni Kantora w oficynie przy ul. Batorego 12. Tymczasem dawny kolega z Kunstgewerbeschule Ali Bunsch zadomowił się już w Łodzi, skąd kusi perspektywą stałej pracy przy scenografii w Teatrach Lalkowych. Porzucenie Krakowa nie przychodzi łatwo, jednak Zofia Nowosielska podejmuje decyzję o wyjeździe. Wkrótce podąży za nią także Jerzy, a 12 lat spędzonych w Łodzi okaże się bardzo ciekawym i owocnym etapem ich biografii.(…) Choć na początku nic tego nie zapowiada… Z tych właśnie lat zachowały się listy Nowosielskich do siebie: pełne troski i niepokoju o wspólną przyszłość i artystyczne plany. Pełno problemów bytowych, ale także pełno czułości. Młodzi małżonkowie piszą do siebie w

My w dwudziestym trzecim

Koniec roku przynosi wysoką falę podsumowań, dyskusji o wartych zapamiętania zdarzeniach w mijającym 2022. Dyskusje będą – biorąc pod uwagę kalendarz wyborczy – dość ostre. Z naciskiem na: dość. Niezauważalnie, bez żadnych widocznych fal zmienia się powszechnie przyjęty sposób dyskutowania czy spierania się. Temperatura emocjonalna nadal tak samo wysoka, ale rozpiętość możliwych do wypowiedzenia opinii mniejsza, czy może bardziej unormowana.  Unormowanie pozwala wrócić do początkowego pytania o podłączenie do sieci, o „usieciowienie” takich dyskusji. Rzadko kiedy odbywają się on w sposób całkowicie lokalny, bez śladu dla innych użytkowników sieci mediów społecznościowych. A te jak wiemy mają jasno ustalone granice swobody wypowiedzi. Nawet wasz edytor tekstu chętnie sprawdzi w jakim procencie to co wystukaliście palcami na klawiaturze zgodnie jest z kilkoma zalecanymi językami: językiem równościowym, językiem wykluczenia czy nienawiści. Nauczyliśmy maszyny jak korygować to co mówimy i piszemy, nauczyliśmy żeby eliminowały skrajności, które jak wiemy zakłócają  bezproblemowy przepływ informacji. Skrajności, problemy, zmieniają „w miarę” unormowany przepływ w przepływ turbulentny, rwący cię co rusz. To, z czysto technicznej perspektywy wydajności (sprawności?) sieci, prawdziwa katastrofa. Instynktownie staramy się unikać katastrof, więc doprecyzowujemy katalogi języków (a może już protokołów transmisji), które ograniczają skrajności, zachęcamy do segregowania opinii by lepiej pasowały do nurtu dyskusji.  To, co z punktu widzenia inżyniera (czy podległego mu algorytmu) jest sensowną troską o unikanie turbulencji, zmniejszanie tarcia, minimalizowanie rozbieżności, co jest troską o maksymalną szybkość transferu informacji w wiązce przesyłanej dowolnym włóknem sieci, nie sprzyja nigdy nie zdefiniowanemu wyobrażeniu swobodnej dyskusji bez ograniczeń. Ponieważ nie potrafimy zrezygnować z wygody, funkcjonalności i fetysza „szybkości” informowania się poprzez sieć, będziemy musieli pożegnać się z myślą o ciągłości takich pojęć jak dyskusja, spór, demokracja oparta na dostępie także do skrajnych opinii. Samo pojęcie różnicy, zasadniczej różnicy poglądów stanie się czymś a priori (na etapie podłączania się do sieci) wykluczającym z udziału w „sporze”

Józef wreszcie wraca. Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela

To były dość kobiece święta. Faceci mogli grać Józefa, a ten (jak wiemy ze średniowiecznych scenek) w krytycznym momencie został wysłany przez Panienkę po – do niczego nie potrzebną – świeczkę, żeby nie przeszkadzał i nie panikował.  Już z poświątecznej, codziennej perspektywy zadajmy pytanie z pewnością interesujące widzów najlepszych telewizji śniadaniowych na werandzie. Czy Najświętsza Panienka była prototypem WAGS? Owszem, ale nie od razu. Dopiero gdy spektakl dworu, spektakl pełen zimnych spojrzeń zdominował otoczenie. Gdzieś u zarania nowożytności pojawiają się pierwsze takie olśniewająco perfekcyjne obrazy. Każdy najmniejszy detal jak w telewizyjnym studio jest edytowany i doglądany przez oddzielnego anioła stróża. Każdy zna swoje miejsce.  Prawe skrzydło Dyptyku Melun autorstwa Jeana Fouqueta namalowane na zamówienie Étienne Chevaliera, który był contrôleur de la recette générale des finances na dworze Karola VII.  W roli Panienki Dame de beauté Agnès Sorel. Około 1450-1452. Perły autentyczne, reszta niekoniecznie. Czego nie dało się pokazać w TV? Święto jako niespodziewane Wydarzenie rozwala wszystko. Nie liczy się z niczym, miesza codzienne porządki.  Święto jako kolejne Obchody to niestety już sztampa i nuda. Po, lekko licząc, ponad dwóch tysiącach powtórzeń i rocznic szału nie ma.  Spójrzmy jak autentyczne święto działa. Jak stawia normalność na głowie. Działa jak dźwięk, głośny, wcale nie przyjemny, ponaglający do bezsensownych pląsów i podskoków. Ktoś tak fika na co dzień? A przy Święcie trzeba.  Szczególnie jeden instrument wpada w oko. Dudy to pasterski archaizm, utytłany jak kierdel owiec, wprost z „nieskalanej natury”. Ma być skocznie i głośno, żadnej finezji. Paradoksalność święta polega na zawieszeniu kulturalnych konwencji spinających porządek dni i nocy, na przymusie powrotu do natury na fizjologicznym poziomie opadających w tańcu portek.  Chwilę, przy święcie, można spędzić patrząc na współbrzmienie pasterskich dud z niepojętym, niebiańskim śpiewem. Dość bezpłciowe anioły, kiedy przyjdzie im wykonywać Gloria in excelsis Deo na dudach zyskują zaskakująco ludzkie walory.  Na

Patrz w niebo, na chłodno patrz

Chcecie sprawdzić znaczenie słowa „zima”? Ekonomiczną prawdę o zimie dawno temu namalował Bruegel. Trzech myśliwych, pół dnia gonienia w głębokim śniegu, sfora trzynastu psów, jeden upolowany lis. Szału nie ma. Zimę trzeba przeczekać, z możliwie najmniejszymi stratami. Jak ktoś zgromadził zapasy, może przeczekiwać grając w curling jak na piątym planie u Bruegla.  Łacińskie hiem(p)s, tempus hiemalis – czas zimowy prowadzi do zwrotów prostych i bezdyskusyjnych: hiemo / χειμάζω – przezimować (także o wojsku). Zima to czas kiedy, chcesz tego czy nie, ruszasz się inaczej, ostrożniej, mniej. To czas zdradliwy, choć wypełniony przeczystym, białym światłem, łudzącym, że wszytko widzisz wyraźnie, jak na zaśnieżonej pustej tafli lodu. Ale wyjątkowo nie chodzi o temperaturę barwową. Chodzi o przenikliwe zimno sięgające dalej niż jesteś w stanie dojść teraz o własnych siłach. W Atlasie rzadko zajmujemy się muzeami. Obrazami już tak. Zdradliwe są muzealne zapewnienia, że widzisz pierwszy zimowy pejzaż w malarstwie europejskim. Wystarczy się rozejrzeć, ruszyć głową i ustalone w jakimś muzeum opinie zaczynają trzeszczeć niebezpiecznie, sypać się jak sople.  Zima to czas, kiedy powinniśmy – wbrew naturze – powoli malować własny, gruby, trwały i bezpieczny obraz świata. Własnym kolorem na białym gruncie. Bruegel w 1565 swoją Zimę namalował na solidnej dębowej desce, prawie dwa i pół centymetra grubości. Tafla lodu, deska to jednak są drobiazgi, mogą trzasnąć pod nogami a i tak się wykaraskamy. Bardziej niepokojące jest zimowe niebo. Tam trzeba teraz patrzeć. Czy nie widać na nim smug, rys, rysek przez które zaczyna sączyć się światło o zupełnie niepojętej temperaturze. Wasze psy zaczną wtedy wyć bez powodu.

Pierwszy śnieg a my już życzmy sobie wiosny

Wiosny na wyciągnięcie dłoni, na własne oczy, ciepłej, zielonej, spokojnej.  I najtrudniejsze, życzmy sobie, cholera, szczerze. Wszystko kiedyś… Bitcoin, czy inne obecnie wydobywane „znikąd” kryptowaluty, nie będą długo panowały w wyobraźni homo sapiens. Gorączka złota nas nie opuści, ale jak zawsze odkryjemy lepsze „tereny”,  pełne wielkich samorodków. W tym stuleciu najprawdopodobniej doczekamy się „watchcoins”. Zestandaryzowanej miary wartości w odniesieniu do ilości i długości przyciągania cudzych spojrzeń. Od dawna tak działa wycena wartości mediów. Nawet największy samorodek, dopóki nikt go nie widzi, ma minimalny wpływ na otoczenie. Podobnie jak ukryty, nieaktywny kapitał. Bez „odkrycia”, bez fazy ujawnienia, bez dostrzeżenia kapitał może pozostać prywatnym przekonaniem, fantazją lub pamięcią. Ilość cudzych spojrzeń jakie przyciąga pełni funkcję zbliżoną do tej pełnionej przez blockchain dla kryptowalut. Jak długo będziemy umierali, czas i jego pochodne – jak „watchtime” –  będzie definiował pozostałe wartości  ludzkiego świata. Bo nie da się go sfabrykować. Choć można sobie wyobrazić boty zaprojektowane tylko po to by imitować ludzkie spojrzenie i zainteresowanie, podobnie jak można drukować banknoty z dowolnym nominałem. Dwudziestowieczna moda na „zwrot obrazowy” (iconic turn), czy odkrycie na początku XXI w. politycznej siły mediów społecznościowych są tylko epizodami z prahistorii ekonomicznego i politycznego użycia watchtime (watchcoin). Grafika: Wojciech Weiss, Promienny zachód, 1902, Muzeum Narodowe w Poznaniu oraz Wiosna, 1898, Muzeum Narodowe w Warszawie

Raj a Smart City

W technologicznie sfiksowanej cywilizacji wszystkie jej elementy powinny być dokładnie nazwane i opisane. Raj jest ikonografią nagości, stanu wzajemnego podobieństwa (raczej szpetnego), o którym nie chcemy pamiętać. Nagość: nuditas naturalis bardzo szybko zamieniła się w naszych pustych łbach w nuditas criminalis. Tak samo jest z miastami. Lubimy przewodniki, które ilością gwiazdek porządkują miasta. Kierują bezpośrednio do największych atrakcji. Miasta starają się zająć dobre lokaty w rankingach miast, bo to wpływa na ich medialny obraz, a ten może miasto wywindować na sam szczyt uwagi. Podobno są miasta bardziej i mniej inteligentne. Jest wiele rankingów określających poziom inteligencji miast. Hasło Smart City jest pożądaną nalepką. Czy słynne miasto Teby nawiedzone przez Sfinksa zasługuje na tytuł Smart City? Sfinks zabijał i pożerał każdego, kto nie znał odpowiedzi na jego zagadkę. Najwyraźniej sfinksy to stwory, które nie polują – jak my – „na informację”, ale wręcz przeciwnie. Jak wiemy z cyklu mitów o Tebach, miasto poradziło sobie z problemem. Chociaż bystry obywatel Edyp, który znalazł rozwiązanie okazał się być na bakier z prawem i przyzwoitością. A czy Troja zasługuje na tytuł Smart Capital City? Wystarczyło dla „dobra ogółu” (w interesie publicznym) oddać przedmiot sporu. Jedną przynoszącą pecha kobietę.  Warstwy popiołu odkopane przed Heinricha Schliemanna pokazują, że problem mityczny może zmienić się w faktyczny. Grafika: Jean-Auguste-Dominique Ingres, „Edyp i Sfinks”, 1808, olej na płótnie, Louvre, Paris. 

Incub? Nie, kot, Pani matko, kot, kot narobił mi

Gdyby memami można palić w piecu! Nie trzeba by było budować jądrowych dziwadełek. Suwerennie kraj od płotu do płotu bez wielkiej fatygi byśmy ogrzali. Sam rząd dał by radę grzać wszystkich potrzebujących. I jeszcze by zostało energii na stopienie w żużel carbon print’ów kłębiących się nad swojska okolicą. Ilość niewielkich stworów przycupniętych blisko białej (całkiem obnażonej!) szyi jest spora w imaginarium euroatlantyckim.  Aktualne polityczne znaczenie może mieć ustalenie czy częściej ssie pierś po prawej, czy po lewej.  W dłużej perspektywie, to wszystko jedno, to jest po prostu koszmar. Najbardziej znaną fizis takiej dręczącej mary namalował (w kilku wersjach) Johann Heinrich Füssli. I niespodziewanie na tle mocno gorsetem i konwenansem spiętej dziewiętnastowiecznej kultury obraz stał się HITem. Razem z powieścią Mary Shelly o smutnym życiu Frankensteina czy akwafortą Francisca de Goi pokazującej co nie śpi kiedy „rozum śpi” ta niejasna scena uwidacznia paniczy lęk krystalicznie precyzyjnego Rozumu przed tym co w nim – głębiej niż piersi i sny o nich – tkwi.  Prywatne i prężne fundacje billboardowo odmieniające oblicze tej ziemi mogłyby co bardziej cenzuralne fragmenty z Füsslego i jego naśladowców przed każdymi wyborami propagować cum summum bonum. Póki co można samemu studiować wszechobecność motywu: https://www.researchgate.net/publication/341130653_Fuseli%27s_Nightmare_analysis_interpretation_and_influence Johann Füssli, Mara nocna, wersja z Frankfurtu; Johann Füssli, Mara z z obrazu z Detroit; Johann Füssli, Trzy drżące ze strachu dziewczęta, cca. 1780-1782; Ditlev Conrad Blunck, Nachtmahr, 1846; A. W. M. C. Ver Huell, Nightmare Showing Incubi, litografia z książki Zijn er zoo?, Arnhem, 1852; Kadr z wideo spektaklu w reżyserii Manu Cossu „Lost in the Fire” music video, 2019; Obraz z 2016 pokazujący Donalda Trumpa jako Every woman’s nightmare.

Co widać w Polsce rano 10 listopada 2022?

Barwy narodowe: szarości, plucha, mży. Za to jutro, już jutro! Kolejny raz entuzjastyczne tłumy będą witały Dziadka na dworcu. Mżawka nie zachęca, ale wystarczy tylko lekko zwiększyć rozdzielczość i komiksowa konwencja wyraźnych konturów, prostych historii rozsypie się w multiwersum kresek, zarysów, fragmentów wcale do siebie nie pasujących, rozsypanych jak kropki rastra, który może kadr ubarwić, ale nie skonstruować.   Furda! Mżawka szczegółów. Chcemy i będziemy żyli sobie w takim czy innym komiksie. Bez tego pogubimy się i my, i nasze autonomiczne samochody, i równie autonomiczni partnerzy.  Próbujmy chociaż dbać o to by każdy mógł poruszać się jak chce. W metropoliach wyobraźni po drogach publicznych można pędzić i parowozem dziejów, i na deskorolce.   10 listopada to podobno rocznica przyjazdu Piłsudskiego do Warszawy w 1918 oraz Międzynarodowy Dzień Jeża. Do tej pory nawet solidnie wyposażeni w granty specjaliści z IPN nie natrafili na ślad prowadzący do wyjaśnienia tej zbieżności. Samemu trzeba szperać, wyostrzać na przekór drukowanym bez opamiętania rastrom. Nie ma co się irytować, że szczegóły nie pasują do wciąż powtarzanych historii. Lepiej zastanowić się co by było, w jakim komiksie byśmy się jutro obudzili gdyby zamienić bohaterom 10 listopada – Marszałkowi i Jeżowi – środki lokomocji.