Po raz pierwszy spotkałem Wojtka Ledera ponad 20 lat temu. Wycinał w linoleum, z właściwą sobie już wówczas skrupulatnością, siatki nakładających się rastrów. Dopiero na wydrukach odkrywały się brutalne, obrazkowe inwektywy przeciw symbolom „powszechnie uznawanym za słuszne”. Kontestacja, sztuka zaangażowana taki wybór wydawał się oczywisty w tamtym czasie chorym od niemocy wszelkiej przyzwoitości. I wtedy właśnie Wojtek pokazał mi swój pierwszy obraz. Był to zerwany ze ściany autobusu płat odwarstwionej, elastycznej jak guma farby, z sinym tatuażem szablonowego druku. Położony na – dopiero później zauważalnym, jakby przez to wszystko mniej ważnym – czarno-białym zdjęciu, na kruchej, błyszcząjcej powierzchni jego emulsji, pękniętej gdzieś w narożniku. Pamiętam też zmieszanie Wojtka wobec energii, powołanego chyba trochę mimowolnie, artefaktu. Po tym zdarzeniu były jeszcze tylko wielkie obiekty, przypominające totemy i nieustanna wspinaczka.
Każdy kolejny obraz Ledera utwierdza mnie w przekonaniu, że takim właśnie winien być rezultat malarskich zabiegów. Że nie ma istotnych powodów, by przedstawienie umieszczać w innym niż w malarskim kontekście. To integralna rzeczywistość prostokąta, z należnymi mu prawami granic i terytorium. Płaszczyzna powołana po to, by mamić receptory naszego umysłu. Nawet dopiero pomyślany zamysł uwikłany jest już w rygory ram, w dyscyplinę przestrzeni. Sposób eksponowania obrazu, a także jego format i możliwość powtórzeń, związują go z przestrzenią, jakiej nauczyła nas architektura. Choć malarstwo jest czterokrotnie od niej starsze, to w sposób oczywisty obraz przypisany jest do architektonicznego wnętrza. Zgromadzenie obrazów na wystawie pozwala przeżyć tę szczególną przestrzeń. Tak zresztą zapamiętałem pierwszą ekspozycję Ledera – otwarte cykle powtarzanych pytań, podzielonych czasem odliczanych kroków, nieskończoności powtórzeń mantry. Niektóre z cykli ograniczają się do trzech obrazów. Potrojony czworobok zwielokrotnia znak materii oczekującej dobrej nowiny. Pojawiająca się figura trójki wyraża jej spełnienie. To spodziewane i oczywiste spotkanie staje się tu początkiem zawrotnych ciągów niezwykłych liczb. Ich postęp wpisany jest w porządek obrazu, w liczbę malarskich warstw, porządek kompozycji. Są tryptykami, choć nie przynależą do porządku symetrii zwierciadła i nie mają cech zbioru zamkniętego. Zostały zatrzymane jak w biblijnej wyliczance: „trzy są rzeczy niepojęte dla mnie, lecz naprawdę cztery”.
Wybitny filozof i logik Kazimierz Twardowski ostrzegał, że używanie terminu obraz – w miejsce właściwszego, jego zdaniem, słowa malowidło – umacnia widza w przesądzie. Odnosi się on bowiem do przekonania, że można doświadczyć istoty malarskiego przekazu wyłącznie przez zrozumienie semantycznej relacji znaczące-znaczone. Obraz wobec tego, co obrazowane. Słowo malowidło w przypadku Ledera także nie wydaje się celne. Przywołuje wyobrażenie postępowania, gdzie realizacja zamierzenia dokonuje się przez dodawanie: kolejnych pociągnięć pędzla, laserunków, faktur, aż po uznanie rezultatu. Obraz jest skończony, kiedy malarz zaniecha dalszego działania. Postępowanie i warsztat Ledera przywodzą na myśl raczej pracownię alchemiczną. Tu przede wszystkim musi się wypełnić czas potrzebny do spełnienia narzuconych materii procesów. Potrzebny, by popiół mógł powrócić do struktury kamienia, a proch odzyskał barwę. Potem dopiero, często za pomocą specjalnie tworzonych narzędzi, po wielu tygodniach żmudnych zabiegów obraz wydobywany jest z zastygłej lawy. A gdy opadnie kurz, wyparują dym i toksyczne opary – nastąpi moment okazania.
Ostatnio odwiedziłem Wojtka w pracowni. Obraz, który miałem nadzieję podejrzeć, ukryty był jeszcze wewnątrz chropowatej, twardej i brudnej skorupy. Tylko niewielkie odkrywki zdradzały jego skalną powierzchnię. Właśnie te „kamienne obrazy” pamiętam jako szczególnie urodziwe. Płyty o lekkości różowego marmuru, „drzwi do szafy filozofa” ze znakami czytelnymi w refleksach światła, czy posadzka z cieniem wykreślonego patykiem geometrycznego odkrycia. Na innym sentencja o jaszczurce i zmartwychwstaniu wykopiowana z ogrodu patrycjusza. To jedyne obrazy w kolekcji, których tytuły odsyłają nas do innej, historycznej rzeczywistości. O nowym obrazie wiem tylko, że będzie od poprzednich większy i że ta wielkość będzie szczególnie znaczącym elementem formy. Prawdopodobnie kiedy obraz zostanie ustawiony i będzie już można się do niego zbliżyć, to właśnie dzięki formatowi ostrość krawędzi zacznie się zacierać w peryferyjnym widzeniu, a czworokąt zanikać. Wrażeniu „rozmycia się” obrazu najpewniej służyć będą: efekt perspektywy powietrznej, a może i inne zabiegi malarskie. Na koniec Leder stanie oko w oko ze ścianą, którą wymyślił. Powierzchnią, której wyglądu od dawna wyczekiwał której nadał już nawet imię. I jeśli uzna, „że jest to dobre, że tak miało się stać, przystąpi do ostatnich, magicznych czynności. Zabiegami swoich umiejętności uporządkuje obszar, który powołał. Potem, niezależny już od woli twórcy, obraz może zostać pokazany.